• Grupa PINO
  • Prv.pl
  • Patrz.pl
  • Jpg.pl
  • Blogi.pl
  • Slajdzik.pl
  • Tujest.pl
  • Moblo.pl
  • Jak.pl
  • Logowanie
  • Rejestracja

Blog o przyrodzie, naturze, śpiewaniu, historii

Kategorie postów

  • aktywność sportowa (13)
  • basonia (1)
  • bobrowniki (4)
  • bochotnica (12)
  • bonow (2)
  • borowa (16)
  • borowina (5)
  • chrząchów (1)
  • chrząchówek (1)
  • ciekawostki (23)
  • cmentarze (21)
  • delegacyjny i podróżniczy splen (5)
  • dęblin (27)
  • drozdówko (1)
  • epidemie (6)
  • filozofia (67)
  • gołąb (5)
  • góra puławska (3)
  • historia (130)
  • jaroszyn (1)
  • józefów (1)
  • karczmiska (1)
  • kleszczówka (1)
  • końskowola (7)
  • kurów (1)
  • Łęka (1)
  • maciejowice (1)
  • matygi (4)
  • młyny i wiatraki (25)
  • mosty i przeprawy (3)
  • nieciecz (1)
  • obłapy (1)
  • opatkowice (1)
  • osmolice (1)
  • parchatka (6)
  • piskory (1)
  • podzamcze (1)
  • pożó (8)
  • przyroda (44)
  • puławy (48)
  • rodzinne strony (55)
  • rudy (4)
  • sieciechów (3)
  • sielce (1)
  • skoki (6)
  • skowieszyn (6)
  • smaki ryb w puławach (2)
  • spiew (12)
  • starowice (1)
  • technika (5)
  • trzcianki (1)
  • wąwolnica (1)
  • wieprz (2)
  • wierzchoniów (1)
  • wieże wodne- ciśnień (7)
  • wisła (8)
  • witoszyn (1)
  • włostowice (2)
  • wojciechów (2)
  • wolka nowodworska (1)
  • wólka gołebska (6)
  • wskaźniki artyleryjskie (1)
  • wyznania religijne (18)
  • zbędowice (2)
  • ziemia szczecinecka (1)
  • Życie (54)

Strony

  • Strona główna

Linki

  • Bez kategorii
    • Blog o własnej wędlinach....
  • Bieganie inie tylko
    • Maratończyk i jego przemyślenia
  • Historia
    • Fortyfikacje
    • I WŚ Puławy
    • Interaktywne stare mapy
    • O cmentarzach , dworkach
  • Historia lokalna
    • Dawne Puławy
    • I Wojna Światowa
    • Kompendium wiedzy o Gołębiu
    • Poznaj Lublin
    • Skoki i Borowa
    • Świetny blog o historii regionu
    • Wszystko o Sieciechowie
    • Wyjdź z pociągu
    • Zabytki, zaułki, zakątki ...
  • proces technologiczny
    • Procesy technologiczne
  • Przyroda
    • Blog leśniczego

Kategoria

Życie

< 1 2 3 4 5 6 >

Moja donacja ....krwiodastwo

Jest rok 2001r. Kończę studia na Politechnice Koszalińskiej. Mechanika i Budowa Maszyn. Uczelnia z bogatą historią WSI. Koszalin dumna niegdyś stolica województwa. Skromne,ale przy pięknie wijącej się Dzierżeńcince wyglądające z drobiną majestatu. Królowała katedra ( a jak) ,ratusz dość eklektyczny i długa ulica Zwycięstwa ,gdzie skupiało się życie mieszkańców. Piękna stara z czerwonej cegły poczta ,park blisko z rzeczką i Empik. Tak, ten empik był co dzień odwiedzany przez nie tylko żaków ,ale i mieszkańców nie studiujących w Koszalinie. To był punkt kultury przez wielkie K. Multum nowych na wczesny kapitalizm książek, masę płyt CD i winyli,do tego ten klimat. Sofy do posiedzenia i poczytania, posłuchania nowego – czyli CD. Pamiętacie takie kąciki ,gdzie u obsługi mówiło się co chcemy posłuchać i w słuchawkach leciała zadana płyta. Spędzaliśmy tam długie godziny,obok był bar z cenami dla studenta. Zimne piwko latem i papierosik . Czego chcieć więcej. W samym mieście wyjątkowo na skalę kraju trwały juwenalia.Tam zwały się TKS. Tydzień Kultury Studenckiej. Prezydent bardzo starego miasta dawał na tydzień klucze studentom. A my się bardzo kulturalnie bawiliśmy. Był alkohol – oczywiście z lokalnego BROK-a zakupiony w TORG-u,czy mocniejsze wina – czas sołtysa ,czy patykiem pisane. Były piękne koncerty plenerowe wtedy, pamiętam Kult ,czy SDM w pełnym składzie.Była kultura ,nie było rozbojów. Każdy znał powagę swojego studiowania i miejsca w przestrzeni bycia i bicia serca miasta. Kończył się dla mnie czas pięknego czasu studiowania na Racławickiej. Tych stancji i waletowania w akademikach. Tych Ptakach Hasiorach koło ronda,przy polibudzie.Spelun koło Łużyckiej . Czy wspaniałych hamburgerów ,czy Pity na budkach dworcowych jak Dzwonek. Warto było iść ze stancji prawie 2 km na takiego wypasionego hamburgera ,czy w piekarniku pieczoną zapiekankę. Do dziś mam w ustach ich smak..smak wchodzenia w dorosłość. Zrobiłem wtedy coś jeszcze. Już wtenczas zaczęła w młodym dorosłym mężczyźnie kiełkować myśl o pomocy bezinteresownej dla innych. Zastanawiałem się niekiedy przy kolejnym otworzonym piwie przy ognisku koło Orlej jak bidny student może pomóc temu światu. Stało się jasne natychmiast ,gdy kolega już średniej świeżości syknął – idź oddaj krew debilu.
To był przełom we mnie. Męczyłem się i woziłem z tą myślą kilka dobrych dni zanim zacząłem się orientować ,gdzie co i jak. Samotnie pewnej środy w czerwcu ruszyłem do głównego punktu poboru krwi. Teraz ma to swoją nazwę,wtenczas tak to nazywałem. Było to 22 lata temu,całkowicie zdezorientowany ustawiłem się jak inni po coś. Jakieś kwity, obok była kawa sypana, herbata i wafelki na stoliku. Dowód podałem , powiedziałem ,że to mój pierwszy raz. To nie jak teraz ,że każdy ma dostęp do informacji od razu. To były czasu raczkującego Internetu. Dostępnego jedynego komunikatora real time IRC , gry Diabło 1 i Heroes III. Kilkunastu kafejek internetowych i Netscape jako głównej przeglądarki z altavistą jako silniku wyszukiwarki. Pani pielęgniarka wszystko mi objaśniła i kazała pod jakiś pokój iść jak wypełnię ankietę. Wzięto ode mnie fiolkę krwi na badania. Nie byłem wtenczas opasły więc wkłucie i cyk. żyła jak marzenie była. Z ankietą i badaniami krwi ( wydrukiem) szedłem do pokoju, gdzie rezydował lekarz. Nie wiem jakiej specjalności, pamiętam doskonale,że to była krótko ścięta szatynka mająca akcent wschodni. Zaczęło się to na co nie byłem gotowy. Wywiad. Wylazło to ,że jak prawdziwy student popijam często, papierosek podpalam,czy hamburgera jadam. Nie Dosypiam i kładę się późno. Lecz uratowały mnie ,młodzieńca dobre wyniki. Dostałem na rejestracji taką papierową ,składaną na trzy książeczkę PCK. Tam podstawowe informacje i miejsca na potwierdzone donacje. Nie wiedziałem co to jest donacja. Wiedziałem jedno ,że za dużymi drzwiami było miejsce sacrum. Miejsce ,gdzie ludzie dzielą się sobą by ratować innych. Drzwi się otworzyły i zostałem wyczytany. Kiedyś to rodo nie było. Z gulem w gardle i po batonie z kawą wchodzę. Dostaję wiskozowe zielone coś na ciało. Pyta się pielęgniarka z której ręki…odpadłem na tym pytaniu ..skąd mam wiedzieć..mówię,że jestem mańkutem. Kładę się ,obok dwa stanowiska i coś dynda góra ,dół, krew z rurek płynie do worka a ten dynda i się gibie non stop. Ludzie uśmiechnięci ,rozmowni. Lekarka się pojawia nagle na Sali- ta co mnie odpytywała tak ostro. Patrzy się na każdego ,podchodzi, pyta czy ok.. Rękę umyłem i kładę się. Nikt kto nie oddawał krwi nie może przeżywać tego stanu. W moim sercu i duszy wygrywały wtenczas największe dzieła radości i szczęścia. Było wzruszenie przeplatające się poczuciem dobrego uczynku,wielkiej empatii i odwagi. Takiej obywatelskiej. Wtenczas pobierano 250 ml ,czyli szklankę krwi. Taki mam wpis w książeczce. Wkłucie było nagłe,średnio miłe ,ale po chwile widząc jak posoka płynie rureczką do worka postanowiłem ,że do końca życia będę oddawał honorowo krew. Wtedy nie wiedziałem ,że potrzeby są ogromne a dawców malutko. Raptem 1,5-2,5 % społeczeństwa w Polsce. Tak jak i dziś.
Ja mam psiarską krew 0 RHD+, prawie dla każdego można przekazać. Pamiętajcie że RH – to tylko Europejczycy , nigdzie minus nie występuje tylko Tu w Europie. Ja na plusie zerówka i jak mi wtenczas powiedziano , ratuje pan życia ludzkie. Nie docierało to do mnie ,póki nie dojrzałem do tego. Póki nie przeczytałem o tym, nie posłuchałem o tym. Nie dochodziło do mnie ,że teraźniejsza donacja – 450 ml ( prawie połówka) ratuje 3 osoby. Jak to wszystko dotarło do mnie serce mi biło kilka razy w roku by oddać cząstkę siebie dla innych. Wiedząc,że moja posoka ratuje ŻYCIE innych. Mierzyłem się z tym trochę. Zwykły szary Paweł może i ratuje innych bez wysiłku i poświęcenia. Wystarczy udać się na donację. Słowo Tylko mówi około 550-600 tysięcy honorowych jak ja bohaterów. My swoje wiemy,my regularnie zasilamy w życie innych kolejne ich lata życia. Jest nas tak mało ,ale chyba żadna grupa na świecie nie jest tak zdyscyplinowana. Krwiodawcy są i będą niezależnie od wiatrów politycznych wierni swoim celom. Nie tym,że mamy marne jakieś przywileje ,jak pierwszeństwo w aptekach, jak szybki dostęp do specjalistów. Ja nigdy nie pokazałem książeczki w kolejce w aptece by się wepchnąć przed schorowanych starców ,połamanych chorobami. Nie mam sumienia. Tylko tyle,że zgłosiłem do mojej jednostki zdrowia ,że jestem honorowym dawcą.
Puławy. Rok 2011. Po przerwie wielkich zmian w życiu, nalałem drogę do krwiodawstwa. I tego szpitalnego na Bema, czy w zastępstwie przy Kołłątaja.W tych latach do dziś spotkał mnie zaszczyt bycia jednym z bardzo wielu dawców krwi ,którzy jak mogą oddają cząstkę siebie. A w Puławach w latach tamtejszych była kobieca ekipa na donacjach. Wspaniałe Panie miały zawsze genialny uśmiech dla każdego, dobre słowo i niebywałą empatię. Tyle to razy na rejestracji mogłem poczuć się człowiekiem wyjątkowym, niosącym bezinteresowną pomoc. Ta zawsze podniosła chwila i czas, gdzie panie pielęgniarki cudowne z wielką estymą i szacunkiem do każdego z nas szarych krwiodawców się odnosiły. Często pamiętam łapało mnie to za serce i pociły się oczy moje. Jak kochają krwiodawców, małych bohaterów ,cichych filantropów udanych transfuzji i życia innych. Tu już nie ważne są medale i legitymacje choć nobilitują. Mam kilku kolegów ,którzy mają medale już prezydenckie ,czy ministerialne tyle od siebie oddali dla innych. Dla każdej koleżanki i kolegi donatora zawsze mam najniżej pochylony szapoklak , zawsze z najwyższym pietyzmem i empatią ich traktuje.

12 lutego 2023   Komentarze (1)
Życie  

Włóczki...smak listopada

Pierwszy śnieg. Na mojej wsi za gówniarza wybawienie. To już koniec tyrady na ogródkach. Już są skopane, już w nich jest ład i porządek. Już zapach dopalających się łęcin ziemniacznych jest za nami. To już pograbione wyrwane suche łodygi fasoli i grochu. Pomidorów i papryk polnych suszki popalone już dawno. Tylko rządek sterczącej i zakopanej pory jest gotowa na pierwszy śnieg, na pierwszy listopadowy mróz. Na ten czas nieprzychylny i niełatwy. Już wykopane opokope, pokopcowane, względnie w piwnicach w skrzyniach z piachem zimują. Kartofle , tak podstawa naszego bytu są w kopcach czy workach przechowywane w chłodnym. Bo przyroda nie lubi próżni. Jak taki ziemniak ciepło poczuje to kiełkuje… Cebula dawnym sposobem w warkocze spleciona i dynda nad sufitem. Wtóruje jej czosnek. Nasz , silny, mocny ,na każdą chorobę potrzebion. Choć i siatkowym worku pod sufitem cebula lubi się wygrzewać. U dziadka pamiętam jak na strychu wysypana była i czosnek i tak dziadek podchodził co czas jakiś i motyką tą cebulę przewracał by z każdej strony obeschła. To ogromnie ważne …cebula swoja ,ta piekąca, ta łzawiąca to podstawa kuchni domowej. Bez niej nie da rady. To do ogórka ,to do surówki, to do gulaszu, to do kanapki ze smalcem to w końcu jako podstawa syropu na przeziębienie. Tak. Pole przyprószone troszkę jest. Na nim por , gdzieś hortensja podgasa. Jabłonie i grusze już oberwane. Bez liści czekają na wiosenny świt. Wiśnia i śliwa podobnie. Cicho wiatr między nimi szumi i przechodzi. Cisza i spokój. Już tłuczka kiszonej beczki nie słychać po domach. Już na parapetach dosychają nasionka misternie wygrzebane z pomidorów swoich, tych bawolich serc i malinówek. Z tych papryk zielonych i białych. Dyni i kabaczków mrowie a z nimi patisony. To już całe piwnice i spiżarnie gotowych przetworów. Tych żelaznych jak kiszony,konrniszon, kiszona, zawekowana. Kompotu z czereśni i wiśni. Dżemu z agrestu i malin soku. To Truskawkowy smak w słoiku zamknięty. Kiedyś długo smażony ,dziś w żelfiksie. To sałatki ogórkowe, leczo paprykowe, czy ćwikła solo lub z papryką. To soki jabłkowe w litrach wielu. Ale i smaki nie tradycją okraszone. Nowe ze świata przepisy. Smaki orientale ,czy azjatyckie. To patison na ostro,czy dynia. To nowe owoce lat 90 w słoikach. Anansowe powidła,czy teraz liczi w zalewie słodko-kwaśnej.

Tak , pamiętam za gnoja latałem na ten wczesnozmarźnięty ogród i rwałem łodygi malin. Goniłem do domu. Myłem i kroiłem na kawałki nieduże. Ot 5 cm i gotowałem …woda co jeszcze niedawno była tylko wodą zaczęła wydawać nowe smaki i zapachy. Malinowy zapach rozchodził się po każdym pokoju w domu , barwa się czerwieniła. Smak naciągał bosko. Taką herbatę uwielbiałem. Malinową , lekko posłodzoną kryształem w zimny listopad czy marzec.

Z każdym łykiem tego eliksiru w dużym pokoju usłanym kwiatem wszelkim. Ruskim 25 calowym telewizorem grającym badziew patrzyłem na domowy rytuał.

A w nim i ja obcy nie byłem Choć była kolejka i najpierw patrzenie , rozumienie i działanie. Tak najpierw tatuś brał kordon włóczki …właśnie jakiej .. stylonowa, czy merina, czy anilana czy merynostil? Nie pamiętam. Listopad wyznaczał czas pracy na drutach. Czas szalików, czapek i fastrygowanych swetrów. Mogły być z bawełniany, wełny czy akrylu. Taki motek brało się na w dwie łapy i ukręcało motek ,kulkę. To było coś nowego dla mnie. I tak pracująca ojcowska ręka tak i tak. Na lewo i prawo. Nawijać trzeba było umieć. Nie jak się widzi ,ale kulka miała być.  Ileż to razy rozwijałem sam motek i poddawałem się nad moją bylejakością. W sukurs był brat czy siostra starsza. Naprawiali i zawijali kuleczkę do końca. Boże kto to pamięta… A jak już była kulka włóczki ,przychodził czas nauki. Miałem druty stalowe chyba 5 lub grubsze a one były od włóczki zależne. Maksymalnie chyba 10 mm miały te druty. I obowiązkowa nauka. Najpierw prosty temat..szalik. Oczko za oczkiem. Mama była surowa i każdy błąd wyłapywała. Trzeba było dobrze robić na drutach. Mieś swoje czapki,szaliki,rękawiczki,swetry. Pomoc była w dostępnych gazetach jak Robótki Ręczne,nowe fasony i wzory. Pomysły na nowe. A ja się naumiałem robić na grubych łączonych drutach szaliki i czapki. Dalej już nie brnąłem. Siostra  z bratem liznęli więcej. Mamusia robiła nam dzieciakom szaliki,czapki,swetry,bluzy ,czy rękawiczki….

Dziś w ten listopad wspominam w Puławach te czasy…może ktoś dalej robi szaliki z włóczki ?...

 

20 listopada 2022   Komentarze (1)
puławy   rodzinne strony   Życie  

Wypatrywanie uwieszonym na siatce pociągu...

 

Słychać było stukot gdzieś z oddali. To był znak dla nas  5 -6 latków. Szturmem bez opamiętania lecieliśmy przed przedszkole…. W jednym celu .W jednej chwili swoje marzenia spełnić znów, choć na chwilę. Choć na sekundę poczuć się jak prawdziwy odkrywca nowego, pięknego i przemijającego świata. Tak ,tak panie nie miały szans nas utrzymać. Z warkotem kół stalowych coraz silniejszym nie było w stanie nic nad nami zapanować. Ta euforia i podniecenie kilku latków , nic nie mogło zatrzymać ciekawości młodego oseska. Z wola na wąskim torze dobiegała do oddalonych od torów ze 300 metrów płot przedszkola. A w nim na siatce uwieszeni wszyscy. Ci malutcy z maluchów ,czy średniaków i co ze starszaków ..były i panie co pohukiwały na nas co rusz. Bo co dzień o tej samej porze wszyscy my stawaliśmy przy płocie w szeregu jak wojskowy pluton czy kompania i machaliśmy maszyniście tej wąskotorówki . Co lokomotywa ciągnęła za sobą ..nie ważne …krzyczeliśmy i biliśmy brawo jak w transie, jak na coś tak niecodziennego ale w każdym dniu uświadczonego. To nie do opisania stan. Młody byłem ,no może z 5 lat miałem. Wczesne lata 80 te. Gasnące koleje wąskotorowe a wraz z nimi moje ich wyczekiwanie. Taki młody szczypior a czułem potrzebę zobaczenia tego co nie rozumiałem i było dla mnie czymś zupełnie nowym. Żelaznym rumaku mknącym nieśpiesznie po torach przy przedszkolu. Bo kto to pojmował…dym szedł z komina ,ziemia drżała…stalowy rumak przecinał nam przaśność codzienności. Tak to dobrze pamiętam. Jak wczoraj. To nasłuchiwanie tego genialnego nowego ,niezrozumiałego . Ktoś się zastanawiał nad tym wśród dorosłych co może czuć młokos widząc kilkudziesięciotonowe monstrum ?Stanowczo nie .Gasił każdy dzień w trudach codzienności . A ja pamiętam jak już lekko starszy uwielbiałem jak na przejeździe kolejowym przy zamkniętym szlabanie ,na tylnym siedzeniu malucha oczekiwałem pociągu. Zawsze te pociągi pod koniec lat 80 tych były już bardziej zrozumiałe, gdzieś kołatała się myśl, że muszą jakąś pracę robić. Gdzieś coś wozić , gdzieś tego człeka podrzucić. Nie dane mi było rozsmakować się w tej podróży. I tak jadąc do szkoły autosanem czy niedomykającym się manem marzyłem choć na chwilę siąść w przedział pociągu i zażyć tej chwili bycia w czymś co jest silniejsze od najsilniejszych pojazdów. Co mknie przed siebie, co daje gwizdy wszelakie. Jak mi tego brakowało, choć nie wiedziałem tak po prawdzie jak tam jest. W tym świecie żelaznego toczonego koła, torów turkających co chwilę. Tej pociągowej eskapady. Tego chylonego okna w przedziale. Czekałem aż do lat 90 ,gdzie już jako młodzieży kwiat zacząłem siadać na plastikowe siedzenia składu EZT w oczekiwaniu na start mojego bycia w tym świecie. Pierwsza trasa krótka i smaczna. Uczucie dziwne ,drzwi same się zamykają, wagon raz gorący a raz zimny.W nim ludzie szukający swojego odpoczynku, gawędy ,czy spokoju. To czas wokmenów ,czy pierwszych CDplajerów. Słuchawki …kto je miał. Każdy bardziej zaczytany w książkę  ,czy rozmowę. O tak! Pamiętam całe godziny rozmów z współtowarzyszami podroży. Człowiek był człowieka ciekawy,słuchał o jego świecie,jego bolączkach i trudach. Sam dorzucał kilka słów ,kilka drobnych nut na partyturze. Czasy studenckie w latach 90 to już samo apogeum tego stanu. Czekaliśmy na swoich współtowarzyszy wsiadających na stacjach . Jak my się znaliśmy, jak te nasze światy były nam znane. Choć w tych pociągach w przedziałach palono, były i biesiady z czosnkowej kiełbasy ,czy jajek na twardo to nikt się nie obruszał ,nie marudził, nie zgłaszał sprzeciwu. Tylko wystarczyła iskra by gadać i gadać o tym i owym.Ludzie w pociągach się zupełnie inni niż na ulicy. Teraz to wiem, po 44 latach życia. Po setkach pociągowych kilometrów ,po tysiącach rozmów i sporów z współtowarzyszami  , po setkach drzemkach i dziesiątkach przespaniach swojej stacji . Jestem pewien,że to tylko pociąg i przedział jest jedynym miejscem do szczerych Polaków rozmowach. Odmawianiem różańca przy Warszawa Wawer przez panią leciwą już, to picie piwa przez podrostów z Radzynia, to Puławski Dworzec Miasto pełnych dobrego słowa ludzi zagon.

A młody mój syn, Antek za dźwięk i szczęk pociągu nieruchomieje jak ja ! niczym sparaliżowany zawiesza się w swym stanie dziecięcym i patrzy i wypatruje. Jak dziś ..pociągu…..czyżby jak ja przejdzie ścieżkę ????

Niech przeżywa…..

 

01 listopada 2022   Dodaj komentarz
Życie   rodzinne strony  

Puławski obiad...przy Marynce

Co chwilę i niespieszno opadający liść buczyny zwiastuje już jesień Tą młodą,jak dziś ciepłą, jak dziś cieszącą i promykiem słońca i wiaterku ciepła. Tulącą w swoich objęciach jeszcze nasze niezapomniane niedawne lato. Podpalony już co któryś pręży się dumnie, jak żołnierz na warcie. A w nim zamknięte są i jasne złota kolory niedawnych żniw, poprzez bursztynu aksamit i na końcu wpadający w burgund swego dojrzewania. To niczym dotyk boski ten jesienny spleen i ta genialna w swojej osobowości scena wrześniowego wybrzmiałego dnia. Dnia wcale nie oczywistego, dnia innego i intrygującego. Dnia , za którego wiele osób byłoby skłonnych zapłacić wiele by był w tym wrześniu udany. Zatopiony w wielkie nadzieje i wielkie niepewne. Ta jego tajemniczość i jego promienista aura zarazem była gdzieś wymarzona i wypowiedziana. Na wiele zdań na wielu jej twórców. Godzinne o nim gawędowanie, wielkie poematy w sercu układane. Tak. Niełatwa to sztuka by Tu coś wskrzesić, by takie oddolne działania były gdzieś zauważone i wybrzmiały swoistym echem radości i entuzjazmu. Jesień ciepła i łaskawa budowała co dzień tego święta człowieczego człowieczeństwa aurę aprobaty i zgody na wydarzenie jakiego tu nie było dawno-spotkania człowieka z człowiekiem. Zwykłym ,przaśnym wręcz. Takim oczywistym i codziennym . Bez obwoluty spinki i nerwów, ot tak z ludzkim i pełnym normalności spotkaniu. Tu w Puławach , tu w mieście portowym, mieście letniskowym, mieście pełnym lasów i młodej historii. Mieście jak tu mówią Czartoryskich i ich wieku bycia. Mieście trzech byłych wież wodnych, koszarów, dwóch byłych cegielni i dwóch wiatraków.

 

Mieście ,gdzie Wisła obmywała stromizny pałacowe,gdzie zgasło w 39 Getto. Gdzie w latach 60 powstał rurociąg gazowy do byłego Rzeszowskiego doprowadzających do na tą skalę tu niewidzianej inwestycji w Zakłady Azotowe. W tym mieście,znalazła się garstka śmiałków mogąca i chcąca powiedzieć coś więcej. Zrobić coś dla kogoś. Podając talerz pysznej zupy zapytać co u Ciebie. Tak po prostu ,bez większego afiszu i pijaru. Bez bicia piany ,bez zbędnego ą ę w stronę polityki czy prominentnych oficjeli. Na długie spodnie,czy spódnice, bez artuażaru ,z plakatem wymownym. Dziś! Słyszę ten głos mamy mojej... gdzie na podwórku w palanta się grało,czy nogę i nagle ...Paweł ...obiad.... a ja na to ochoczo ...zaraz będę... i byłem . I dziś Puławiacy odpowiedzieli tak samo – będziemy. Na pierwszym obiedzie , pierwszej biesiadzie przy stole. Ze swoim kubkiem, swoją miseczką,łyżką. Na stołach ustawionych na nieistniejącej fontannie gościńca pałacu Marii. Tu trawnik równiutko przystrzyżony a na nim stoły zasłane obrusem białym, dary kuchni puławskich , oraz własnych wypieków. Nad bramą wejściową napis Zapraszamy. A za nim poczułem się normalnie. Przyjęty bez pytań jak każdy.Z dobrocią tego miejsca i ludzi.A ludzi bywało i ubywało i dochodziło. Każdego ciekawego interesowało co to za wydarzenie. Bez wydźwięku jakiegoś specjalnego typu poznaj historię parku ,czy do czego służyły drewniane rury pod ulicą Ceglaną. Tu nie ! Każdy był ciekawy drugiego ...człowieka. W zapadaniu się w tą codzienność naszą ,zapominamy o chwili oddechu i spojrzeniu na otaczający świat inaczej,hmm znaczy normalnie. Dla małych dzieciaków dmuchane zamki,ale nie jakieś agresywne, tonowane ,nie narzucające się . Tu harcerze wiedli prym w zabawach wszelakich, tu ze trzy osoby człapały na dwóch deskach starając się gonić jak najszybciej. To w końcu stół ,ogromy.Przy nim głównie seniorzy ,zasłużeni Puławiacy patrzący i spoglądający na świat swoimi doświadczonymi spojrzeniami. Pamiętający dawne Puławy jak i te już azotowe. Gdzieś malowały się przez młodych twórców obrazy, na scenie co chwila można było dotknąć muzycznego geniuszu młodych i mniej młodych artystów z PSM i nie tylko. Gdzieś był i rycerz ,gdzieś można było szlify strzelania się uczyć. Był i cudowny kącik kulinarny, dla naszych milusińskich zwierzątek kącik. Co najważniejsze to byliśmy

 

My,na kocach koloru pełnego , na turystycznych siedzeniach, stojących i chodzących. Na nowo odkrywających swoją powinność do siebie i człowieka. Tak dobrze w Puławach się dawno nie czułem. Choć nie było mi dane uścisnąć dłoń Agacie co niedawno w świecie wirtualnym poznałem ...to pokochałem.Dusze pokrewne. Dziś na Puław zrobiono ogromną i wielką pracę. Będzie w nas pączkowała przez długi czas. Takiego spotkania człowieka z człowiekiem nie było wcale. Zwykła pogawędka , zwykłe słowa. Spojrzenie i bycie razem. Było nas dziś tyle ile uniesie nasze sumienie i radość wspólnego przeżywania.

Chylę czoła i do następnego misterium bycia razem.

 

Dla Was inicjujący ten lont chylę czoła, dla Was Puławiacy i nie tylko jestem wdzięczny...jeszcze umiemy z sobą być i przeżywać.....

 

13 października 2022   Dodaj komentarz
puławy   Życie   Puławy inicjatywa oddolna sztuka   zabawa razem człowieczeństwo   muzyka  

Pomidorowy z paprykowym smak w słoikach......

 

 

Wrzesień już nie młody. Po kilku dniach pochmurnych i zimnych – zapadłe cieplejsze dni. Taki czas by na ostatni dzwonek wybrzmiałe babie lato. By te latające na zefirach i podmuchach coraz to chłodniejszych pajęcze świecie kończyło ten czas palącego słońca. Zabarwiających to na czerwono te wcześnie dojrzałe w sadach czereśnie , porzeczki z zielonych sopelkowych kiści zrobić na wierzchowinach parchackich czerwone do granic owoc , czy czarny pełny i dojrzały. Ten agrest kwaśn bez miary napełnia słodyczą ciepłego lata. Te mirabelki co roku zawsze obradzają , zawsze dają ulżyć smakom swojego dzieciństwa. Skacząc na lipcowo-sierpniowe młode papierówki te z sadu pełne młodzieńczych wspomnień dziecinstwa. To zamalowane niczym odkrywanie tajemnicy bycia pierwsze śliwki w swoich fioletach. Zarumienione maliny czy wyginane na zapłociu jeżyny. Już teraz roboty słońce ma mało. Ot tarnina została i dla tej tarniny co chwilę smaga swym błyskiem, już fioletowa, już na oko dojrzała...nic bardziej mylnego. Kwaśna jak ta zaczerniejąca czeremcha. Razem kwaśne ,ale dorodne i kusząc. Gdzieś kalina już zakończyła się czerwienić a głóg ten przy Wiśle już gotowy do zbiorów. Tak jak czarny bez...Czas zapasów czas zacząć. Jak zwierzęta tak i my szykujemy się na przednówek , na niewiadomo jaką zimę. Tak jak kiedyś nasi dziadowie ,czy prababki. Jakoś tak samo z siebie przychodzi. Siewy wiosenne czas zebrać. W tym dymie palonych łęcin unoszących się z kopczyków na ogrodach i polach zaczynamy odwieczny rytuał odcinania naci pietruszce, ćwikle, pasternakowi,czy selerowi. Pamiętam to aż za dobrze. Końcówka września niekiedy i nawet październik , po lecie i cieple już tylko wspomnienia ubrany grubo z czapką na głowie i nożu nie małym w ręku szło się na ogrody. Tam był dopełniany ostatni akt posługi ziemi dla człowieka i wielki pokłon dla niej. To setki godzin z haczką ,gracką szpadlem. To godziny w krzyżu bólu zginania nad redłami, nad sianymi grządkami. To i oprysk i sypanie nawozem. To setki wiader i konewek z pobliskiego stawku ciągane. I ta nadzieja ,że będzie co do gara włożyć. Dziś to nie ma znaczenia jak się ma kasę. Lecz nawet w moich latach jakich pamiętam 80 tych nigdy głód nie zajrzał. No może się nosiło po bracie ciuchy , może pocerowane były ,ale jedzenia nie brakło. Był chlewik, kurnik, były i jajka i rosół co niedziele. Były warzywa i owoce w ogrodzie i sadzie. Była trudna praca,ale każdy z nas wiedział po co. Tato w piwnicy pamiętam z płyty chyba pilśniowej, czy nawet litego porobił cały regał półek. Zawsze nosiło mnie pytanie po co takie coś. A na tych poziomach różne smaki w wekach i słoikach. To kompoty czereśniowe były, to kiszony ogórek był, był i korniszon.Ha i surówka z ogórków, dynia się znalazła i patison w zalewie. Był tam i tarty burak czerwony i cały też w zalewie. Ło mamo ,czego tam nie było. A dżemów mrowie. Od tych z jabłek, po agrestowe smaki i porzeczkowy wymiar. A nad głową worek siatkowy i w nim się podsuszała cebula. Obok tej damy był zawinięty w warkocze czosnek...tak swój ,ostry piekący, leczniczy... Na lewo jabłka zimowały....Człowiek z tym nożem wiedział co robić. Najpierw wyrwać z pola warzywa okopowe i ciąć nacie. I to nie po korzeniu tylko ciut wyżej. Kopczyk marchwi rósł za mną a przede mną naci. Do tego smagający słotny dzień, zimno i ta robota …Młody gnój byłem,czułem tą niesprawiedliwość ,że ja tu a inne chłopaki rżną z gałę,czy finkę,czy palanta. A ja z kochanym tatą woziłem piasek w wiadrach do dołów i ten piasek z tymi okopowymi się sypało i układało. Maliny były obok, już nie owocowały. Ucinałem jedną łodygę na herbatkę popołudniową. Odwar był cudowny, pyszny,malinowy. A przy tych malinach lubczyk wiecznie prawie zielony był.Cięty był i siekany i mrożony ta magi naszych stołów, podstawa rosołu,co przypisuje się mu działanie wzmacniające chuć....

Dogasające pomidory zbierane w foliaku od lipca gasły we wrześniu jak i wybrzmiała papryka. A była różna . Głównie zielona i biała. W smaku mocno paprykowa. Czerwona bywała, ale to biała była dla mnie najsmaczniejsza. Niekiedy można kupić ją.

Patrząc oczami młokosa na pracę w polu i przy chowie miało się wrażenie,że mlodość uciekała między palcami . Przygnieciony pracami wszelakimi nie będzie co pamiętać. Dziś pamiętam dobrze i wiem skąd ten trud pola i sadu. Skąd te niełatwe dzieciństwo.By mieć swoje. Ruszyłem na rynek w sobotę, zatopiłem się w pozyskanie pomidorów i papryki, cebuli i czosnku. Mam swojego ulubionego sprzedawcę. Mówię ,że chcę zostawić całą kasę u niego, patrzy na mnie z wrodzonym szacunkiem. Biorę dwa worki papryki nietaniej, 10 kg pomidorów lima – kocham je. Do tego szalotki,zwykłej i cukrowej cebuli. Kilka główek czosnku. Już kończę zakupy i pada z ust Sprzedawcy. Pan mnie uszanował i zaufał ja proszę Pana rewanżuję się. Proszę zabrać porę , seler i koperek ode mnie. Stałem obładowany warzywnymi cudami a z serca i oczu jakaś kropla ludzkiej empatii. Takiego zwykłego szacunku, aż się wzruszyłem. Człowieka w człowieku nie brakło , ależ serce mi drgnęło ..wydusiłem dziękuję prze Panie... iść d domu zostało i poczynić to co w domu 30 lat temu..

Smaki papryki i pomidorów zamknąłem w słoikach....

Wrzesień już nie młody. Po kilku dniach pochmurnych i zimnych – zapadłe cieplejsze dni. Taki czas by na ostatni dzwonek wybrzmiałe babie lato. By te latające na zefirach i podmuchach coraz to chłodniejszych pajęcze świecie kończyło ten czas palącego słońca. Zabarwiających to na czerwono te wcześnie dojrzałe w sadach czereśnie , porzeczki z zielonych sopelkowych kiści zrobić na wierzchowinach parchackich czerwone do granic owoc , czy czarny pełny i dojrzały. Ten agrest kwaśn bez miary napełnia słodyczą ciepłego lata. Te mirabelki co roku zawsze obradzają , zawsze dają ulżyć smakom swojego dzieciństwa. Skacząc na lipcowo-sierpniowe młode papierówki te z sadu pełne młodzieńczych wspomnień dziecinstwa. To zamalowane niczym odkrywanie tajemnicy bycia pierwsze śliwki w swoich fioletach. Zarumienione maliny czy wyginane na zapłociu jeżyny. Już teraz roboty słońce ma mało. Ot tarnina została i dla tej tarniny co chwilę smaga swym błyskiem, już fioletowa, już na oko dojrzała...nic bardziej mylnego. Kwaśna jak ta zaczerniejąca czeremcha. Razem kwaśne ,ale dorodne i kusząc. Gdzieś kalina już zakończyła się czerwienić a głóg ten przy Wiśle już gotowy do zbiorów. Tak jak czarny bez...Czas zapasów czas zacząć. Jak zwierzęta tak i my szykujemy się na przednówek , na niewiadomo jaką zimę. Tak jak kiedyś nasi dziadowie ,czy prababki. Jakoś tak samo z siebie przychodzi. Siewy wiosenne czas zebrać. W tym dymie palonych łęcin unoszących się z kopczyków na ogrodach i polach zaczynamy odwieczny rytuał odcinania naci pietruszce, ćwikle, pasternakowi,czy selerowi. Pamiętam to aż za dobrze. Końcówka września niekiedy i nawet październik , po lecie i cieple już tylko wspomnienia ubrany grubo z czapką na głowie i nożu nie małym w ręku szło się na ogrody. Tam był dopełniany ostatni akt posługi ziemi dla człowieka i wielki pokłon dla niej. To setki godzin z haczką ,gracką szpadlem. To godziny w krzyżu bólu zginania nad redłami, nad sianymi grządkami. To i oprysk i sypanie nawozem. To setki wiader i konewek z pobliskiego stawku ciągane. I ta nadzieja ,że będzie co do gara włożyć. Dziś to nie ma znaczenia jak się ma kasę. Lecz nawet w moich latach jakich pamiętam 80 tych nigdy głód nie zajrzał. No może się nosiło po bracie ciuchy , może pocerowane były ,ale jedzenia nie brakło. Był chlewik, kurnik, były i jajka i rosół co niedziele. Były warzywa i owoce w ogrodzie i sadzie. Była trudna praca,ale każdy z nas wiedział po co. Tato w piwnicy pamiętam z płyty chyba pilśniowej, czy nawet litego porobił cały regał półek. Zawsze nosiło mnie pytanie po co takie coś. A na tych poziomach różne smaki w wekach i słoikach. To kompoty czereśniowe były, to kiszony ogórek był, był i korniszon.Ha i surówka z ogórków, dynia się znalazła i patison w zalewie. Był tam i tarty burak czerwony i cały też w zalewie. Ło mamo ,czego tam nie było. A dżemów mrowie. Od tych z jabłek, po agrestowe smaki i porzeczkowy wymiar. A nad głową worek siatkowy i w nim się podsuszała cebula. Obok tej damy był zawinięty w warkocze czosnek...tak swój ,ostry piekący, leczniczy... Na lewo jabłka zimowały....Człowiek z tym nożem wiedział co robić. Najpierw wyrwać z pola warzywa okopowe i ciąć nacie. I to nie po korzeniu tylko ciut wyżej. Kopczyk marchwi rósł za mną a przede mną naci. Do tego smagający słotny dzień, zimno i ta robota …Młody gnój byłem,czułem tą niesprawiedliwość ,że ja tu a inne chłopaki rżną z gałę,czy finkę,czy palanta. A ja z kochanym tatą woziłem piasek w wiadrach do dołów i ten piasek z tymi okopowymi się sypało i układało. Maliny były obok, już nie owocowały. Uciąłem jedną łodygę na herbatkę popołudniową. Odwar był cudowny, pyszny,malinowy. A przy tych malinach lubczyk wiecznie prawie zielony był.Cięty był i siekany i mrożony ta magi naszych stołów, podstawa rosołu,co przypisuje się mu działanie wzmacniające chuć....

Dogasające pomidory zbierane w foliaku od lipca gasły we wrześniu jak i wybrzmiała papryka. A była różna . Głównie zielona i biała. W smaku mocno paprykowa. Czerwona bywała, ale to biała była dla mnie najsmaczniejsza. Niekiedy można kupić ją.

Patrząc oczami młokosa na pracę w polu i przy chowie miało się wrażenie,że młodość uciekała między palcami . Przygnieciony pracami wszelakimi nie będzie co pamiętać. Dziś pamiętam dobrze i wiem skąd ten trud pola i sadu. Skąd te niełatwe dzieciństwo.By mieć swoje. Ruszyłem na rynek w sobotę, zatopiłem się w pozyskanie pomidorów i papryki, cebuli i czosnku. Mam swojego ulubionego sprzedawcę. Mówię ,że chcę zostawić całą kasę u niego, patrzy na mnie z wrodzonym szacunkiem. Biorę dwa worki papryki nietaniej, 10 kg pomidorów lima – kocham je. Do tego szalotki,zwykłej i cukrowej cebuli. Kilka główek czosnku. Już kończę zakupy i pada z ust Sprzedawcy. Pan mnie uszanował i zaufał ja proszę Pana rewanżuję się. Proszę zabrać porę , seler i koperek ode mnie. Stałem obładowany warzywnymi cudami a z serca i oczu jakaś kropla ludzkiej empatii. Takiego zwykłego szacunku, aż się wzruszyłem. Człowieka w człowieku nie brakło , ależ serce mi drgnęło ..wydusiłem dziękuję prze Panie... iść d domu zostało i poczynić to co w domu 30 lat temu..

Smaki papryki i pomidorów zamknąłem w słoikach...

 

22 września 2022   Dodaj komentarz
rodzinne strony   Życie  

Koperkowy ...świat

 

 

Wiosna już pokochała i ziemię szpadlem wzruszoną nasycić nasionem trzeba. Trzeba siać i sadzić. Późna wiosna pachnąca już ciepełkiem kwietniowego słoneczka. Gdzieś w lesie zawilce bieleją cudownie,gdzieś miodunek kobierce się ścielą, gdzieś kokoryczy łany w fiolecie zatopione. Foliak pręży się od marca w ogrodzie. Przy nim zaraz ławeczki i stolik. Zbity własnoręcznie z deszczułek i pieńków wiśniowych ,czy świerkowych. Pomalowane na kolory jakie dzieci chciały, tu zielony, tam żółty i gdzieś czerwony. Przy tych ławeczkach na folii pnące się jeżyny , jeszcze gołe ,jeszcze puste . A przy jeżynach kosztele i węgierki śliwy rosną. Na wiosnę z trudem wyobrazić sobie można to co gospodyni i gospodarz wyczaruje siejąc i sadząc w koło. A w lipcowym słońcu bujnie chylą się rudbekie, kosmosy.Pod nogami szpalery nagietków,aksamitek. Buchające wielkością i dostojnością naparstnice i malwy,dziewanny tańczące na letnim zefirze. I ten zapach niosący się z redły, z zagonka wierci zmysły. Wyrośnięty ponad miarę koper. Tak ten nasz codzienny od wiosennych siań w foliaku,podrywany co chwilę. Czekający na czerwiec ,gdzie łęciny ziemianka nagle zapełniają się kwieciem . Już można podkopać , te małe i te większe gracką podebrać. Czy to Lordy , Irdy czy inne odmiany ..dla gustu sadzone. Te pierwsze swoje ziemniaki ,tylko umyte i ugotowane tym koprem tak wyczekanym posypane. Boże co za smak, do tego sadzone zamyka wczesne lato. To tak wyczekiwane, te upajające nie tylko smakiem natki pietruszki swojej, rzodkiewki sadzonej w ziemi i sałaty,to ten koper cały czas rosły ku górze. Cały czas się prężący do słońca. Taki ukochany przez Polaków. Taki nasz,z naszej ziemi. Siany ze zeszłorocznego zebranego nasionka. Ten mały majowy obrywany troszkę i ten lipcowy późny do ogórków. No mizeria ….nikt się nie broni przed nią. Śmietana w kaliber spory, lub jak teraz fit z jogurtem czy kefirem. Drobno na tarce zdziabane ogórki gruntowe ,swoje . Te co wiadrami i konewkami podlewane. Oplewione nie raz. I modlone by wzeszły ,by nic nie je nie zabrało. Pamiętam jak słońce palące było i gorzkie były,a my te wiadra i konewki wody tym ogórkom rana i nocy dawaliśmy. Piły dużo...kwitły pięknie ...i się zawiązywały w maleńkie łódeczki z kwieciem na końcu. Jak i te z foliaka. Długawe o smaku innym ,ale podlewaniu podobnym..I te ogórki jeszcze ciepłe słońcem ,pod kranówką lekko skąpane. Jarzyniakiem krojone w miseczkę i ciut cebuli i sól kamienna oczywiście i kapka octu bo lubią i ten koperek. Mizeria ma wiele twarzy,ale smak unikalny jedyny, z młodym ziemniakiem wybitny. A na wybrzmiałe lato? W te słoiki pchane wraz z chrzanem i liściem wiśni i porzeczki ba nawet winogrona? Kiszone i małosolne bez kopru nie mają prawa wyjść.. A on i na spokojność dobry i na brzuszek wybony..

Dziś ten już przekwitły koper zajadając się baldachem raz w słoik raz do ust pchałem...nic nad koper nie kochamy...nic...

 

30 lipca 2022   Dodaj komentarz
Życie   rodzinne strony   puławy  

Pan Zenon i kumaków szmer nad jego światem......

 

 

Unosił się dogasającym dniem jakiś zbłąkany ptak co o drogę w tym upale zapomniał zapytać.  W końcu otworzyły się okiennice pana Zenona. Dobrze podstrzyżony wąs ,siwy od lat wielu ,zadbany tańcował na każdym słowie swego właściciela. Twarz poryta cała znojem swojego życia i życia dla innych. Włos popiołem sypnięty już dawno wolno opadał po głowie. Oczy zagłębione w swoim świecie błyszczały dawno nie widzianym żarem. Źrenice co rusz zdawać by się mogło łapały ostrość i traciły ją zrazu. Spracowane ręce rybaka, rolnika, stolarza z wyznaczonymi na nich żyłami niczym korzeniami wielkich dębów jego przodków rozprowadzały życie i siłę bycia. Tak – powiedział, splótłszy na palcu wskazującym brodę nie młodą ,zrzucił swoją głowę na drugą spracowaną dłoń. Choć nie młoda , opadła gładko i widać ,że sprawiło mu to przyjemność. Już na oknie swego drewnianego sanktuarium mógł złapać pierwszy wieczorny oddech lipcowego lata. Nie był jakimś wielkim mówcą w życiu, słynął z tego ,że robił więcej niż mówił . Jak jednak coś powiedział to miało takie wielkie znaczenie ,że innych tysiąc słów gaszone tym jednym było. Lubił pracę, lubił swoje życie. Skromne ,ale własne - skromne ,ale uczciwe – skromne ,ale bez wstydu. Wąsem poruszył nagle, jakby w gnieździe młodych kosów nagły szelest wstąpił. Powtórzył – Tak… Jego tak zaczęło płynąć po cieniutkiej mgiełce unoszonej przez taflę niedalekiego jeziora. Pod oknem na zapłociu miał ukochane swoje kwiaty.Jakież miał w tym swoje przeżywanie , jak mógł się nacieszyć ich byciem, kolorem i zapachem. Płynęła zawsze niebywała woń słodyczy z nad jeziora. I ta słodycz mieszała się z rudbekią, jeżówkami i tym co kochał najbardziej – nagietkami. Jego spracowane dłonie nie raz płatek po płatku odrywała z kwiecia nagietka na własne maści łagodzące, na herbaty nagietkowej łyk. Tak troszkę zawsze wsadzał do jutowego woreczka jak przeschły na późną jesień i zimę. Niekiedy i na wiosnę mu starczyły. Westchnął po raz trzeci – tak…. Swoim zapachem tym razem uderzyły do w pomarańczu skąpane aksamitki. Wymieszały się z dobiegającą znad wody wilgocią wieczoru lipcowego, rozżarzonej całym dniem ziemi i lekkiego zefiru ze wschodu. Na tym płynęła pieśń kumaków i żab znad brzegu. Uderzały coraz trzciniaki baraszkujące w zagonkach pałek i tataraku. Ten ostatni wieczorami tak pięknie pachniał, że można było ten zapach godzinami wąchać i się upajać i dalej by niedosyt był. A pan Zenon miał ten zapach dla siebie, dla swoich zmysłów, dla życia. Jak wiaterek lekko zboczył to haczył o małe trzęsawisko po prawej stronie jego świata… Tam teraz słodyczą pachnie i bieli się wiązówka. Nich słodszego w jego świecie kwiatów nie znał. Wieczór nastał. Kubek emaliowany stoi na parapecie z wodą studzienną. Podnosi dość niedbale kubek i wlewa w siebie kilka łyków, gasi pragnienie i gasi ten lipcowy dzień. Długo dziś paliło – pomyślał. Poprawiwszy się na ramie okiennej zamknął oczy na chwilę. Zdawało się ,że jak te oczy zamknął to i szept przyrody sam mu do ucha się pchał. Budził zmysły i rozpalał emocje, przywoływał historię czy budował przyszłe. Cieniutki jazgot w oddali psów zwiastował jakiegoś wędrowca w oddali…może spragniony? Może głodny? A może to złe ludzie idą? …Kyrie Eleison … Pobożny zanadto nie był ,ale wiarę miał swoją i po swojemu się w jej urabiał. Szczekanie ustało, złapał większy oddech i z wolna wypuścił powietrze. Słyszał jak kolejne upalne dni złocą zboże, gdzie codzienny szum falujących na wieczornym wietrze łąk w zboża skąpanych daje inny dźwięk. Coraz dojrzalszy , coraz pełniejszy , szorstki i suchością pełniejszą. Wiedział ,że wisząca kosa a za ojca sierp już rolnikom nie jest potrzebny. Już mechanizacja. Czerwony płocki bizon w godzinę obleci, za nim snopki kiedyś snopowiązałka działała, teraz prasa w wielkie bele tą słomę zwija. Kiedyś żniwa to było święto w domu. Obkupione ciężką pracą w palącym słońcu, sierpy i kosy grały na ciętym zbożu melodię  tradycji dziadów swoich, śpiew kobiet , podlotki przynoszące naręcza ściętego złota tej ziemi..i to kwaśne mleko… i wieczorem w sobotę  jak sił starczało to nad to jezioro się szło, myło się i tym tatarakiem nogi nacierano dla perfumu i lekkości.

Dziś tylko ten tatarak przy tym jeziorku u pana Zenona został . Dlatego tak lubił zamknąć te oczy w ten lipcowy wieczór…by obrazy jego dzieciństwa wcale nie łatwego przywołać. Tego zapracowanego ojca jego co dom ten zbudował, matkę co serca mu uchylała i ostatnią kromkę swojskiego na liściu chrzanu pieczonego chleba dała…

Choć już lat ma niemało – kopa ze sztyglem , czuje się w tu w tym swoim świcie młody i potrzebny. Jak co wieczór i ten dziś lipcowy po całym dniu przeżywania i obrządków różnych – to wieczór mu zostaje na przeżywanie innych i innego….

Z mistycznej dla niego chwili wyrwał go rozdzierający ryk uderzonego w oddali pioruna. Otworzył oczy nagle , że mu się zrobiło słabo…tak trudno mu wracać do przaśności …Poderwane ptactwo czując zbliżającą się życiodajną ulewę uciekło w gęsty bór w pobliżu…czas oczyszczenia bliski….powiedział zamykając okiennice na nowo… 

.

 

 

 

26 lipca 2022   Dodaj komentarz
Życie  

Zapieksy....

 

 

 

 

Zapiekanka......

 

No szlag by trafił ...znów za mną chodzi. Taka prosta ,ale w swej prostocie genialna i smaczna. Bułka pszenna, paryska może ,a jak, grzyb pieczarka,ser tyle. Tak prosto ,że trudno uwierzyć,że te smaki tak niedawno zagościły w tylu wariatach u nas. Ale już łechta mnie wspomnienie, już zaciągają mnie łańcuchy wspomnień moich. Tych spod Kołobrzegu. Młodych, gnoja smaków. Gdzie na wsiach była bagieta...ten francuski smak był w latach 90 tych dostępny. Ale w tych ukochanych ,bo moich 80 latach była dzielona buła ,wrocławska lub taka mała kajzerka . Tyle.Chleb spieczony skórką z gminnej piekarni i kilka bladych bułek. Jak dziś pamiętam ,że zapiekana taka na modłę zachodu w domu była wyeksperymentowana. Ale na chlebie.Kromka, pajda chleba na to grzyby. I tu pamiętam dylemat. Pieczarka nie była tak dostępna. Pieczarkowy rokefelerowie to dopiero 90 i 2tysięczne lata. Szedł podgrzybek i opieńka pamiętam już obgotowana i podsmażona. Ser. I tu stop. Właśnie ser. Żółty i topiony. Ten żółty nie do zrobienia w domu, topiony...czemu nie. W latach słusznej komuny w największym uzdrowisku w Pl była Okręgowa Spółdzielnia Mleczarska .Oferował Kołobrzeg prócz twarogu,jogurtu,topielce. Nadawały się idealne na zapiekankę na chlebie. Niech będzie zółty. Na tarce . Keczup jakiś ..w domu królował Włocławek. I taki był niekiedy dzień a dokładnie jego kolacyjne zwieńczenie. Tata tarł ser mama grzyby pichciła. Piekarnik WROMET gazowy grzał się na 200 stopni. My pajdy chleba swoją szynką czy bez niej serem , grzybem spaliśmy. Na blasze układaliśmy. Tata w piekarnik zatapiał te smaki. Czekaliśmy te 5 minut w wieczności całej.Ta skibka pokrywała się smakiem mało znanym , uwielbianym. Przesiąknięta podgrzybkiem z cebulą zasmażonym, serem topielcem rozpuszczonym.

Ze spaloną skórką z keczupem kapką ,swego majonezu robionego wymiarem...uczta....

 

26 czerwca 2022   Komentarze (1)
Życie   rodzinne strony   zapiekanki domowe dworzec  

Kwaśne....

 

 

Ten kto miał krowę -przeżył.

 

Kiedyś nie było gospodarstwa by krowy nie było. To ona utrzymywała całą rodzinę na wsi w skromnym ,ale przyzwoitym życiu. Można wyczytać z wielu książek, posłuchać wielu ludzi ,którzy opowiadali te czasy z krową związane. Ta krowa dawała mleko a mleko dawało źródło utrzymania. Masło śmietana ,czy twarogi były sprzedawane na targu tu w Forsztadzie, czy Puławach. Serwatka była dla reszty, no niekiedy maślanka. Ta krowa była bezcenna , dawała życie całej rodzinie i awans na zapałki, cukier ,czy naftę. Opisywali tak życie w Bonowie, czy Gołębiu, Zagórkach czy Bochotnicy. Wszędzie ten sam ton, ta sama nuta , wszędzie ta krowa była ważna jak nie arcy ważna. Patrząc na ten świat wsi puławskiej ziemi aż toczy się łza ,że nie tylko pory roku wyznaczały bicie zycia na wsi,dzwony w Bobrownikach bijące na ranną modlitwę, ale i niebywała opieka nad bydłem w gospodarstwie dawało nadzieję na jutro. Jakże niepewne i na słabej nici utkane. Placek na serwatce, do tego jakaś kasza,pewnie jęczmienna, może jajecznia niekiedy. Nie mogę sobie wyobrazić tego smaku biedy i walki o jutro. O wypas krów w lesie ,czy przy Wiślanych łęgach, o suszach mimo modlitw do Nepomucna, o ten nieurodzaj na słabych piachach bonowskich. Pamiętam zatem dobrze swoją młodość lat 80 . Krowę u dziadka. Łaciata ! Krasula jak malowana. Rogi miała tak zakręcone ,że dziadek piłką podcinał by jej do łba nie wlazły. Pękata była pamiętam. W oborze z kobyłą się chowała. Kobyła jak dla przyzwoitości stajni nie miała, ale w jednym rzędzie z krową łaciatą, świniakami dwoma żyła i była. Jak dziś pomagała wtenczas w sianokosach ,ciągnąc wóz drabiniasty wyschniętego pachnącego łąką i ziołami...pamiętam. A krowa była cenna u dziadka. Choć wieś już nie wymagała życia z roli, to w bańkach mleko dziadek na rowerze Ruski woził rano do skupu.Pamiętam te bańki ,takie zamykane trudno. Koło obory był parnik. Każdy wie co to za ustrojstwo. Tu parowało się ziemniaki dajmy na to dla kur ,czy kaczek ze śrutą zmieszane. Ziemniaki parowane były pyszne i dla chrumkających świnek, dla mnie z kapką soli ,czy mleka kwaśnego. Ale najprzedniej smakowały na jesień buraczki czerwone parowane. To była uczta dla zmysłów, skórka lekko odchodziła i zostawał sam burak ze mną i zatapiałem swoje zęby i wymiary w tym buraku. Jakże on smakował...taki przaśny, uparowany w parniku ...a taki delicjus , taka celebracja pracy na roli wielka. Wracając w tym pomieszczeniu z parnikiem , była kadź. W tej kadzi codziennie dziadek dolewał ze swej studni wodę. Zawsze głowę mi zaprzątało – po kiego czorta. I kiedyś będąc świadkiem udoju do wiadra , później do bańki mleka dziadek niósł ją do tej kadzi pełnej zimnej studziennej wody. Chłodził... a mleko z udoju było pyszne , na garczek emaliowany często dziadek mi mleka zdoił aż się pieniło. I to ciepłe mleko przy tej krasuli pijałem ze smakiem. Kot był zawsze na dojenie ,zawsze i mu w miseczkę łataną coś kapło... Krowa wiedziała kiedy jej trzeba było mleka odjąć...ryczała na gospodarza a on wiedział co i jak. Tak się ten świat kręcił. Nadwyżkę dziadzio woził na skup , w domu zostawiał ile trzeba. I te zupy i placki na serwatce były. Słuchajcie. W niedzielę po mszy zawsze szliśmy do dziadków.Babcia miała stalową , dobrze już zaczernioną patelnię. Obok szmatkę zatopioną w smalec.Śmietanę swoją , taką kwaśną bardzo ze smakiem kwaśnego mleka. Miała swoje masło. Smażyła placki na serwatce i sodzie na tej patelni, obok nożyk ,masło, miska emaliowa dla mnie. W niej już śmietana z cukrem była i te placki rwałem w rękach i do tej śmietany wrzucałem. Czekałem jak przejdą się wspólnie i zatapiałem łyżkę za łyżkę ,zajadając się tym smakiem wschodu. Tatuś mój wolał placka gorącego z masłem zajadać.... co to były za czasy... dziadków już dawno nie ma a wspomnienia żywe. Krowy już dawno nie ma a obycie zostało.

 

 Dostałem od kolegi z pracy litr mleka od krowy.... Natychmiast wlałem w garczek gliniany...ściereczką przykryłem... będzie zsiadłe i śmietana jakiej smaki nie ma w sklepach ....

 

26 czerwca 2022   Dodaj komentarz
Życie   filozofia   rodzinne strony  

Salcesonowy geniusz wspominana

 

 

 

 

Dzień był jak co dzień.Sobota. Niczym nie inna od pozostałych dni. No może tym ,że do szkoły nie trzeba iść.Tyle.Czy fajniej? Skąd. To nie wakacje i wolne do południa. Tu od rana ruch i robota się robiła. Były rano w obrządku kury,kaczki,króliki i świnie.  Były parzone porannym słońcem lipcowym truskawki do zbierania. Był skoro świt foliak do podlania. W nim pomidory różnej maści  na sznurkach ,ogórki szklarniowe, kiedyś tata i arbuza siał. Sałata się zieleniła i rzodkiewka wchodziła. Kurde zasuwałem z rodzeństwem i rodzicami na te smakołyki. A mieliśmy je po kokardę. Mieliśmy swoje pragnienia ,potrzeby. Choć ulepić szybko ciasto z mąki i wody i polecieć na stawek , czy odważniej nad jezioro. A może pograć w finkę czy kapsle ,cz może w lotki z kolegami? Palanta? No na to mało czasu było...mało...Tak się się za gnoja uczyłem się dorosłości i pracy a z tej pracy szacunku do ziemi,do pracy. Nic nie rozumiałem z tego , nic nie było takie dla mnie łatwe. Nie godziłem się z tym ,że inni mają i mogą a ja muszę zasuwać. Szpadel i kosa czy łapanie rzęsy to moje fachy.Truskawki zbierane o czwartej z rana na lipcowym dniu... inni kąpali się w morzu a ja w tych paskudnych truskawkach. Tylko tej mamy wzrok i słowo, tylko taty liczenie za łubiankę z szypułką i bez , tylko brata slowa,dawaj młody ..samo się nie zrobi. A z bratem jeździłem na łąki PGR i tak kosiliśmy państwową koniczynę na nasze kórle. Na kaczek francuzek mrowie. Na kur z grzbietem farbowanym swoją barwą bez liku. To taka młodość.Zatopiona noszeniem konewek i wiader podlewania bez liku, to kosa i jej worki koniczyny pełne, to na kolanach spędzane jutrzenki w truskawkach.... I ta sobota i to świniobicie. Sąsiad jednooki ….i lut lampa i parzenie i skrobanie. I te wierzeje i ten tucznik... i weterynarz i nic się nie marnowało. Pół litra i coś tam dla bijącego. W domu tato był prezesem i kierownikiem rozbioru. Cały dzień do nocy dalekiej rozkładał mięso. A mieszała mama słoniny w smalec gar cały. My dziatwa flaki i żołądek czyściliśmy, na kaszankę kaszę prawiliśmy i krwi baniaki były i jelita flaków wiele. Raz mama zarządziła salcesonu zrobienie. Uczyliśmy się wszyscy i ona i tato mądry mój. Nie łatwy to poziom nauki , biały gotowany nam wyszedł. Posmakowałem tego rarytasu w 80 latach pierwszy raz w domu moim. Razem go robiliśmy i razem smaki mówiliśmy do siebie.Dziś te smaki z musztardą sarepską cebulą Ostrawą smakowany....postawił mi moje stare ,gnoja czasy...tez z uniwersama smakuje 

29 maja 2022   Komentarze (1)
rodzinne strony   Życie  
< 1 2 3 4 5 6 >
Blogi