• Grupa PINO
  • Prv.pl
  • Patrz.pl
  • Jpg.pl
  • Blogi.pl
  • Slajdzik.pl
  • Tujest.pl
  • Moblo.pl
  • Jak.pl
  • Logowanie
  • Rejestracja

Blog o przyrodzie, naturze, śpiewaniu, historii

Kategorie postów

  • aktywność sportowa (13)
  • basonia (1)
  • bobrowniki (4)
  • bochotnica (12)
  • bonow (2)
  • borowa (16)
  • borowina (5)
  • chrząchów (1)
  • chrząchówek (1)
  • ciekawostki (23)
  • cmentarze (21)
  • delegacyjny i podróżniczy splen (5)
  • dęblin (27)
  • drozdówko (1)
  • epidemie (6)
  • filozofia (67)
  • gołąb (5)
  • góra puławska (3)
  • historia (130)
  • jaroszyn (1)
  • józefów (1)
  • karczmiska (1)
  • kleszczówka (1)
  • końskowola (7)
  • kurów (1)
  • Łęka (1)
  • maciejowice (1)
  • matygi (4)
  • młyny i wiatraki (25)
  • mosty i przeprawy (3)
  • nieciecz (1)
  • obłapy (1)
  • opatkowice (1)
  • osmolice (1)
  • parchatka (6)
  • piskory (1)
  • podzamcze (1)
  • pożó (8)
  • przyroda (44)
  • puławy (48)
  • rodzinne strony (55)
  • rudy (4)
  • sieciechów (3)
  • sielce (1)
  • skoki (6)
  • skowieszyn (6)
  • smaki ryb w puławach (2)
  • spiew (12)
  • starowice (1)
  • technika (5)
  • trzcianki (1)
  • wąwolnica (1)
  • wieprz (2)
  • wierzchoniów (1)
  • wieże wodne- ciśnień (7)
  • wisła (8)
  • witoszyn (1)
  • włostowice (2)
  • wojciechów (2)
  • wolka nowodworska (1)
  • wólka gołebska (6)
  • wskaźniki artyleryjskie (1)
  • wyznania religijne (18)
  • zbędowice (2)
  • ziemia szczecinecka (1)
  • Życie (54)

Strony

  • Strona główna

Linki

  • Bez kategorii
    • Blog o własnej wędlinach....
  • Bieganie inie tylko
    • Maratończyk i jego przemyślenia
  • Historia
    • Fortyfikacje
    • I WŚ Puławy
    • Interaktywne stare mapy
    • O cmentarzach , dworkach
  • Historia lokalna
    • Dawne Puławy
    • I Wojna Światowa
    • Kompendium wiedzy o Gołębiu
    • Poznaj Lublin
    • Skoki i Borowa
    • Świetny blog o historii regionu
    • Wszystko o Sieciechowie
    • Wyjdź z pociągu
    • Zabytki, zaułki, zakątki ...
  • proces technologiczny
    • Procesy technologiczne
  • Przyroda
    • Blog leśniczego

Kategoria

Życie, strona 1

< 1 2 3 4 5 6 >

Puławski niezmordowany piechur

 

 

Nie mogę dłużej trzymać dla siebie. Od wielu lat nieuchwytny cień gasnący w oddali nie za wysokiego już niemłodego pana. Chód taki bujany ,mały kroczący,niepozorny i nie nadgorliwy. Własny,spokojny,wypracowany,dojrzały. Spodnie na kant,wiekowe, znoszone. Kaszkiet od zawsze taki sam, twarz pełna dobra,bruzdy maczające w otchłani głębokiego bycia w skromności, niebędącego bycia na piedestale. Zawsze z rana,zawsze pod zmrok. Zawsze równo kroki, zawsze wartko,zawsze w ręku torba lub torby... zawsze na zachód słońca. I ten zachód koło 16 zimą, i ten wiosenny przed 18 i ten letni ,gasnący koło 21. Zawsze równo,zawsze dziarsko...gdzieniegdzie grubiej ubrany lub lżej...lata całe Niwę przechadza. Coś i dla kogoś nosi w tych tobołkach. Tobołkach życia doczesnego i życia na jutro. Zawsze kroczący niewielkiego kroku dający mi cały czas myśli w głowie. Boże już z 6 lat tak się spotykamy, nigdy blisko, nigdy na słowo zaczepne, nigdy na bliskość człowieczą. Zawsze z odległości ,zawsze z dystansem mojego i jego bycia.Ogrodową do góry ,do kościoła i na Spacerową i nazad. Pojawiający się z mar nocy po 6 nagle na końcu Saperów w dół z torbą pustą ,oczekującą,pełną nadziei na dobry dzień. Ile to razy przez te lata się mijaliśmy ,spotykaliśmy bez słowa, bez nawet kiwnięcia ręką. Jak na obłędnie gorących letnich lipców zaliczanych biegowo o 5 rano w upale lubeskiego sońca. I On. Schodzący drobnym i pewnym krokiem 60 latka na dół. Nigdy nie przeszedłem obojętnie, nigdy nie olałem tego. Jak na nogach mijałem to stałem i siadałem na ziemi i długo myślałem , jak samochodem to na zatoczkę jakąś. Silnik gasiłem i zapadałem w zadumę tego tułacza. Tego wędrowca ,który ma swój świat, gdzie ma swoje pragnienia, gdzie ma swoje obowiązki. Przecież gdzieś się udaje, gdzieś nosi swój świat, gdzieś się w końcu kłania, gdzieś bywa, gdzieś słowem zaczepi. Boże! Ale czy to tak wiele? Być normalnym w tych czasach? Oczekiwać naparstka zamiast  całej butelki? Być w dobro tego świata ubrany ,czy oczy otwierać dla przaśnego dnia? Dnia nie nazbyt bogatego,zatopionego w skromną bułkę dla kochanego miru swego, kawałka lepszego banana czy mango lekko dojrzałego?

Gdzieś podniesionej nieznoszonej spódnicy i spodni włożonej w torbę bazarową. Gdzieś odszukanej książki czy butów dobrych mrowi? Nie wiem. Gdzieś ta moja lepszość niby gaśnie. Przecież wstaję rano przed 5, kawa ,syn, przedszkole,praca,dom.W głowie tylko dobro rodziny ...ale na innym poziomie, bo może i pizzzzza niekiedy,suszi,gdzieś wypad do lokalu. Gdzieś wypad do Lu,gdzieś jakieś zwiedzanie Sławinka, Kazika. Kawa w Nałęczowie … 

Ale jak widzę Pana niewysokiego, dziarskiego przez Niwę z torbami w dłoni przechodzącego ...moje mało ważne się staje...Odprowadzam Go ile mogę wzrokiem…

Koś widzał ?

 

08 maja 2022   Komentarze (1)
puławy   Życie   Puławy niwa pan torby  

Zapomniany czar domowych peweksów...

 

 

 

Lata 90 te , no może końcówka lat 80 był przełomowy w domowe wynalazki. Pamiętam doskonale jak

wszystko co smakowało – czytaj było nie z Polski- było trudno dostępne. Królowała woda stołowa w

butelkach 0,33 dogazowana kranówka szumnie nazwaną rozlewnią wód...heh. Każda gmina miała taką

rozlewnię wód,takie gazowane kranówki...bo z gazem wchodziło o niebo lepiej. Pewnie i w Puławach

taka lura z gazem w odpowiedniej butelce była działana...chyba na Profeckiej Wólce chyba... nie wiem do

końca. Koło domu rodzinnego mojego to była w Siemyślu. Szkoda gadać, jak był gaz i łechtał to było w

miarę. No w domu pamiętam w czerwonym opakowaniu były takie mosiężne w kształcie lejka trochę

dziwne naboje, śmierdziały w dłoni. Tak te do syfonu. Taka domowa kranówka dogazowana. Syfon się

zwało ,w gniazdo wkręcało się nabój. Robił psssss to ok. Jak nie to pusty. I tych pustych była cała masa.

Walały się po domu. To czas kiedy Grodziska w swoich niepełnolitrowych butelkach serwowała swoją

gazowaną wodę i nowe smaki. Pamiętam kolę. Butelka tego eliksiru była arcy droga ,więc z rodzeństwem

po nakrętce smakowaliśmy tą nowość. Pamiętam jak tato z DDR z wykopków ziemniaków przywiózł

nam ciuchcię na baterię ,parówki w słoiku i lemoniadę w kolorze fluo. Tak z rodzeństwem patrzyliśmy na

tą lemoniadę o nienaturalnych kolorach z każdej strony. Padło hasło otwieramy... trzy szklanki arkoroc i

nalewamy sobie...z jednej butelki 0,33 napiliśmy się zachodu w chwilę...nic nie smakowało jak ta

lemoniada....niccc

Dziś w głowie odpaliłem przepis na napój pomarańczowy w wersji budżetowej...jeden pomarańcz ,1 litr

wody.. pokroić ...gotować 10 min...odcedzić dodać cukier...ostudzić.....bosze jak to smakuje.....jak na 92

roku...XX wieku.....

03 maja 2022   Komentarze (1)
rodzinne strony   Życie   pomarańcza sok prl komuna syfon  

Wstrętny zapach kawy...

 

Trząchało mnie i to mocno. Zapach odrzucał! Co tam zostawało w tych szklankach z koszyczkiem? Czarna, czy bardziej brązowa niczym zmielony koks substancja , sztywno trzymająca się ,ciężka do wypłukania i sporej grubości warstwy obleśne ble… 

Pamiętam jak gnój jak był to cały rytuał picia tego czegoś. Lata 80 to moja lata szczypiora, młokosa stawiającego nieśmiało kroki w życiu szkolnym i społecznym. Rówieśniczo graliśmy w palanta, skakaliśmy na słomę w pegeerowskich stodołach, kradliśmy słonecznik z magazynów, podpalaliśmy snopki dla upieczenia ziemniaków. Były to czasy czynu społecznego…a to zbieraliśmy kamienie z pola, a to w wykopkach działaliśmy, a to odcinaliśmy łęciny z cukrowego buraka. Nie dość pracy i obowiązków w domu to jeszcze dla narodu takie smaki pracy były. Lecz na wakacje były za to suwerniry! Pamiętam biwak nad jeziorem Popiel. Kiełbasy były i ziemniaki pieczone, z pomostów wiele skoków na bańkę. Łapało się w ubytkach pomostu okoni na żyłkę z robakiem na haczyku. Pamiętam to ciepło słońca, moich rówieśników drących mordy na siebie, tą piłkę już pokopaną na naszym osiedlu. Pamiętam i cembry ogniska i nadziewanie kiełbasek i pite piwo ukradkiem przez dorosłych. Kusiło takiego gnojka jak ja. I to piwo ciemne z takim specjalnym otwieraniem. Pamiętam tak panowie uderzali ręką w to i było puuu i się piana wylewała. Tak  i się śmiali i pili i my z nimi się bawiliśmy i kiełbaski jedliśmy. Kąpiel w jeziorze obowiązkowa i na dętce od kaszlaka się śmigało… Pamiętam… Te ziemniaki do koszyka z pola, te buraki na kupkę, te kamienie na bok…Kto to pamięta…ech

Ale ta kawa bo o niej mowa była obrzydliwa. Wstrętna i jej zapach był odrzucający. Fuj. Jak myłem szklanki cieniutkie to pamiętam by nie wąchać i na szkło uważać. Dopytywałem się sam samego jak takie badziewie wstrętne mogą pić dorośli. Mama lubiła ten smolnyj napar i tata nie pogardził pamiętam. U babci to całe te obrządki były. Młynek biały dzielony z korbą. Tuż przy nim w srebrnym celofanie z ziarnami tego specyfiku ziarnista kawa. Woda w czajniku na gazie. I się zaczynało. Babcia pyta czy kawa , czy herbata. I tu też w latach 80 ciekawie było. Herbata królowała jedna mocna . granulowana. Pamiętam te granulki , dawały moc naparu już ich kilka. Brat Grzesiek mój do tej pory lubuje jej smak. Mnie trochę ścinał pamiętał. Zawsze w domu było sitko i na to sitko kilka ziaren tego granulatu przelewało się wrzątkiem na szklance. Kto kiedyś pił w kubku?! Kubki to na mleko ot były, chyba że emaliowane, to i na gaz się stawiało. Herbata i w tych koszyczkach była zaparzana. A one były różne,ot jak szyszka były na łańcuszku, czy takie w jak w imadle i cęgach wsadzane do szklanki. A szklanka cieniutka i koszyczki były. Pamiętam już pierwsze plastikowe i brązowe. Lecz i były takie zdobione niklowane, czy drewniane. Eh to był czas. No, ale kawa. 

Jak nowa paczuszka była otwierana tej kawy to było takie mini święto. Dla mnie zapach stęchły i ohydny, dla dorosłych budził zachwyt i uznanie. Wydobywały się z opakowania do młynka ziarenka z przedziałką widoczną w kolorach różnych. Od smolistych, przez ciemnobrązowe do takich jasnych beżowych.  Młynek biały zapełniał tymi ziarnami i trzeba było szybko i długo kręcić by zmełł co powinien. Wtenczas pamiętam dawano go mnie, gnojkowi a ja za korbę i ostro kręciłem. Pamiętam ten z wolna uwalniający się zapach. Był już znośny, już nie tak tęchły, taki odrzucający. Jak już ustałem w kręceniu nie czując oporu ziaren ,otwierało się młynek i do szklanek łyżeczką dzielono tą sypką ohydność. I wrzątek i się parzyła ta kawa. Nabierała wody gorącej do bólu ta sypkość w szklance i jak się nasączała to i opadała na dno szklanki czyniąc płyn ciemnym i czarnym. Uwalniając przy tym zupełnie nowe zapachy. Dla mnie nie do akceptacji…co ci dorośli w niej widzieli? Co smakowali? Co czuli? Musiało być smaczne i dobre bo rozmawiali długo z sobą, śmieli się często, niekiedy i smucili. Byli z sobą związani jakby tą kawą. To ona mówiła na wielu wymiarach by się spotkać i być…przy kawie…

Lata 90 to już nowe doznania. Pamiętam pierwsze kawy typu kapuczino z proszku. Zastępujące ohydną zbożową gotowaną na mleku żytnio-cykoriową ala kawę w smak wanilii , czekolady. Tak łatwo, bez ceremoniału . Cyk dwie , trzy łyżeczki do szklanki już nowej, okopconej – arcoroc. Smakowała mi pamiętam jako 16 latkowi taka kawa. I młynek w domu już elektryczny i do cukru i do kawy. I kaw więcej pamiętam było. I ta z Koszalina MK Cafe już zmielona w opakowaniach. Wystarczyło tylko miarką w kubek odłożyć ile się chciało ,zalać z czajnika wrzątkiem i delektować się zupełnie inną jakością kawy. Ta w latach 90 już pachniała subtelnie, nie stęchło, nie kwaśno. I kubek już pasował do niej. I wodę się w emaliowanym kubku przy pomocy grzałki nie gotowało. Już było nowe…. Pierwszą sypaną kawę wypiłem mając 19 lat. Została ze mną do dziś. Dziś to już całe inkantacje i ceremoniały parzenia kawy. Dziś to mamy jej smaków jakie się chce, nie tylko Arabika czy dzika Robusta. To ich warianty na smaki,czy kraje pochodzenia. Na ich drażniący czy nie drażniący dla żołądka zwyczaj. T taka siaka i owaka. Przetrawiona jak w Ćmielowie przez jakiegoś zwierzaka osiągająca astronomiczne kwoty za kilka łyków.

Ja nadal z przewrotności mojej hołduję zasadę- stare to dobre. Bez baristy, bez ceregieli i bez całego ołtarzyku doznań ceremoniału wstają co rano przed 5 i idę do kuchni. Wyciągam słój z ziarnami Robusty , garść do młyna na cukier. BZZZZZZ…woda w czajniku tańczy od gorąca…zasypuje kubek ilością słuszną zalewam wrzątkiem… słodzę miodem…. Idę z kuchni do pokoju i dalej z kawą już pitą jedną dziennie zaczynam dzień z synem śpiącym obok… Moje 5 minut w ciemności nocy porannej z nią z nim……

16 stycznia 2022   Komentarze (1)
Życie   rodzinne strony  

Epitafium krzyża....mojego

 

 

Mija większa cisza...nabieram w siebie grudniowe powietrze. Oddech zaranny jak zawsze pełny nadziei na dobry dzień. Cisza o przedświcie aż prowokuje do myśli wielu. Czuję miarowe bicie serca, uderzenie za uderzeniem..bach,bach...Dawno me zmysły i ja nie byłem na odludziu ludzi pełnych. Dawno nie zatapiałem się we mgłę grudniowego zaranka. Szarawego niczym z paździerza dnia. Tego przesiąkniętego zwiędłym liściem lip, tego zieminstego zapachu pod nogami, tej niewymownej ciszy jaka się roztacza. Czuję w sobie wolno płynącą posokę a  nią moje myśli.Czuję odchodzące mary nocy kłębiące się w orkanach wstającego dnia. Opadła kropla wody życiodajnej na mnie, rosząc me lico,trzeźwiąc moje wpół obudzone ciało i krzyczącą duszę. Jestem u celu..nabieram znów głębokiego oddechu człowieczego znoju, zaciągam się nachalnie samotnym porankiem w zaranku. Dziś sam na sam z sobą. Syn gości w przedszkolu z zadowoleniem  ja w oczekiwaniu na oddanie kropli siebie dla innych gaszę myśli i motor samochodu. Wypełnione nadzieją potrzeby i poszukiwania wiedziałem , gdzie mnie zawiedzie. Tu bywam rzadko. Tu jak jestem to tylko jak dziś sam na sam. Tu w sanktuarium przaśnego ranka i krzaków. Tu,w złocie ozłoconym,diamencie diamentu arrasie. Tu przy tym zmurszałym krzyżu.Tu...oddycham miarowo, gdzieś na boku kropla spływa mi po policzku, drenując już nie młode me lico. Zacinam okiem na nią, bruzdy się pojawiają na twarzy ..no zmarszczki znaczy bardziej...z chłodem kropli chłód ranka a  tym chłodem nawleka się myśli kłęby całe. W ciszy stoję przy tym krzyżu, patrzymy na siebie, rozumiemy się bez słów. Nie potrzebuję złota bazylik, przepychu Lichenia, czy Jasnej Góry spleenu. Tu mam wszystko,zamknięte w tym rozpadającym się krzyżu. Całą wiarę moją,całe chrześcijaństwo, cały wymiar...Tu na tym lipowym zagonku zbitych belek razem wydobywa się o poranku najpiękniejsze wołanie ciche do mnie.Trafiające, przenikające, moje....Same myśli z duszy rozmawiają, niekiedy i krzyczą i niekiedy płaczą. Tu ten krzyż ,gdzie tysiące stóp ludzkich pod nim było, gdzie kolana czuły siłę i moc tej ziemi. Tu gdzie łzy szczęścia i radości zbiegały się z żalem i żałością. Z wyrzutem i oskarżeniem. Z dziękczynnym światem i żałobnym kieratem. Tu ,gdzie choć skinienie głowy wędrowca ,choć uchylenie czapki kupca, czy Zdrowaś Mario włościanki idącej do wsi pobliskiej. To tupot małych nóżek taplających się w kałużach po lipcowej burzy. To tumult piachu wzniecony przez  rozpędzone niegdyś konie. Czuję ten świat, czuję tą więź...dziś w mglistym grudniu tuż przy corocznych świętach...zatrzymałem się przy największej bazylice wiary, najpiękniejszym sanktuarium, najbardziej ozłoconej świątyni świata....tak tu...przy Wiśle...w krzakach. Cicho i w pokorze stoi, nie krzyczy, nie ma trzech wież, czy nie mierzy metrów wielu... Skromny w krzakach a jak złoto całego świata, jak soczewka skupiająca naszej wiary fundament... bez cudów i cudownych uzdrowień...taki przaśny przy drodze... Zabiera go czas a zwieńczenie krucyfiksu pewnie niedługo opadnie na ziemię...tą ziemię... przy nim dziś byłem odwiedziłem, oddychałem...tu biło me serce..dusza się wygadała....ile mogła...zaznałem ukojenia czasu nie licząc..wiedziałem ,że czas oddać coś z siebie dla innych....kilka kropel krwi...honorowo... Oddając krew miałem w głowie ranny krzyż....tak...to dla mnie najwyższy w pokorze wymiar mej wiary....

 

21 grudnia 2021   Dodaj komentarz
Życie   filozofia   wyznania religijne   dęblin   krzyż głuszec religia wiara  

Morderca planety.....człowiek

 

Statystyka jest porażająca: tak nieliczny i nieznaczący wiele (z pozoru) gatunek jest w stanie tak mocno zachwiać przyrodą.

Ludzkość to tylko promil życia na Ziemi. Wystarczyło by zabić 83% dzikich ssaków….

Z jednej strony jesteśmy tylko pyłkiem i malutką ryską na historii planety. Z drugiej strony można nas przyrównać do gigantycznego kataklizmu, który w szybkim czasie przestawia życie na Ziemi na zupełnie inne tory. Ponad siedem i pół miliarda ludzi to zaledwie promil całego życia na naszej planecie – pokazuje badanie profesora Rona Milo z Instytutu Naukowego Weizmanna w Izraelu. Od początku cywilizacji “naga małpa” doprowadziła do zniknięcia około 83% dziko żyjących ssaków i połowy roślin. Jednocześnie rozwijało się rolnictwo i hodowla. 

Nowe badanie pokazuje, że najwięcej jest (co nie dziwi) roślin – 82% całej żywej materii Ziemi. Aż 13% to bakterie, a połączony zbiór pozostałych (grzyby, zwierzęta, ryby, owady) to zaledwie 5% biomasy naszego świata. 

Badanie pokazuje, że drób hodowlany to obecnie 70% całej planety. W przypadku ssaków jest równie ciekawie (i przerażająco zarazem): 60% ssaków to bydło i trzoda hodowlana, 36% to ludzie i zaledwie 4% to dzikie zwierzęta! 

- To dość szokujące – mówi Milo – W filmach przyrodniczych widzimy stada ptaków wszystkich rodzajów, w ogromnych ilościach, a badania pokazały, że jest znacznie więcej udomowionych ptaków. 

Jesteśmy mali, jednak nasz wpływ jest ogromny. 

- Nasze wybory dietetyczne mają ogromny efekt na środowiska życia zwierząt – tłumaczy Milo – Nie zostałbym wegetarianinem, ale wiem, że moja decyzja ma wpływ na środowisko. To pomaga zdecydować się czy chcę zjeść wołowinę, drób czy może jednak tofu. 

Obliczenia biomasy planety stworzono na podstawie setek innych badań, użyto także informacji dostarczanych przez satelity i globalnych analiz dotyczących mikroorganizmów.

Jako główny miernik życia uznano bazę w postaci węgla. Życie na Ziemi ma go w sobie około 550 miliardów ton. 

Źródło : Fokus - Błażej Grygiel.

Zdjęcie Internet.

13 grudnia 2021   Dodaj komentarz
Życie   morderca ziemia człowiek  

Moda na gładkie nogi przyszła z Ameryki....wymuszona...

 

Niewyobrażamy sobie a szczególnie Panie , dziewczyny by ich nogi nie były gładkie jak aksamit. Bez włoska, to samo pod pachami. Teraz naturalny zarost u kobiet budzi raczej negatywne skojarzenia i te wizualne także. Pomyśleć , że zmiana zaczęła się w historii niedawnej...za sprawą reklam.... 

" Portal Vox pochylił się ostatnio nad zjawiskiem depilowania nóg właśnie po natknięciu się na ten artykuł z gazety z 1920 roku.Wtedy golenie nóg było tak niezwykłe, że gdy młoda kobieta z Kansas skaleczyła się przy tej czynności, wiadomość o tym znalazła się w ogólnokrajowej gazecie.Przed I wojną światową praktycznie żadna kobieta na Zachodzie nie goliła nóg. A tymczasem około roku 1964, robiło to już 98% kobiet w wieku poniżej 44 lat. Co wydarzyło się w tym czasie?

Otóż pojawiły się reklamy.

Christina Hope badała te zmiany do swojej pracy z 1982 roku zatytułowanej ‘Caucasian Female Body Hair and American Culture‘. Przeglądając reklamy w starych wydaniach pism Harper’s Bazaar i McCall’s, mogła prześledzić jak kobiety zostały stopniowo przymuszone do depilacji poprzez skrajny napór marketingowy.Na przełomie wieku zarówno mężczyźni, jak i kobiety w zasadzie niespecjalnie interesowali się włosami na ciele, zważywszy że długie rękawy i spódnice do ziemi właściwie skrywały większość ciała.Według Hope, zmiana nastąpiła od roku 1915, kiedy zaczęły być modne przezroczyste rękawy i suknie w stylu grecko-rzymskim, w Harper’s Bazaar pojawiły się reklamy mówiące o włosach pod pachami, objawiając społeczności Amerykanek problem istniejący, choć dotąd nieuświadomiony. “U kobiety modnej skóra pod pachami powinna być równie gładka jak twarz” głosiło typowe hasło. “Połączenie letnich sukien i nowoczesnych tańców, czynią koniecznym usuwanie okropnych włosów”, mówiło inne.Dziennikarki piszące o urodzie także podchwyciły temat, przyczyniając się do rozpowszechnienia mody na depilację. W cudowny sposób pojawił się całkiem nowy kobiecy obszar do wykorzystania przez reklamodawców!W latach 20., wraz ze skróceniem spódnic i pojawieniem się cienkich pończoch,  uwaga przemysłu kosmetycznego skupiła się na damskich nogach. Walka z włosami na nogach działała na nas łagodniej, jednak generalnie walka o owłosieniem na ciele została już w dużym stopniu wygrana. Reklamiarze płodzili hasła w rodzaju “kobieta może kąpać się bez pończoch i bez zakłopotania.” Według Hope, w latach 50. golenie nóg stało się właściwie normą, przy czym 56 % reklam produktów do depilacji dotyczyło tego właśnie obszaru.W roku 1941, pewna reklama głosiła nawet: “Pełniąc funkcję dziekanów na żeńskich wydziałach udzielalibyśmy nagany za każdą owłosioną nogę na kampusie.” Ach, świat reklamy – naprawdę skutecznie demonizuje włosy na ciele, podobnie jak wcześniej nasz zapach i naturalny proces starzenia się.Kapitalistyczna wojna z kobiecym owłosieniem, przedstawianym jako nienaturalne i niehigieniczne, była przerażająco skuteczna – uczucie zawstydzenia pozostało nam do dzisiaj.„Kobiecość” wymaga wielogodzinnych zabiegów i sporo cierpień, co potwierdzić może niejedna kobieta. Golimy, woskujemy lub chemicznie pozbywamy się włosów, zawstydzone do tego stopnia, by rozsmarowywać cuchnące amoniakiem kremy niszczące włoski u nasady w najintymniejszych miejscach naszego ciała.Wychowano nas w przekonaniu, że gładkie kończyny to atrakcyjniejsze ciało. Choć taki pogląd pojawił się zaledwie kilkadziesiąt lat temu. Kobieta goląca nogi mogła być przedmiotem wzmianki prasowej w 1920, ale w 2015 raczej byłaby nią taka, która nóg nie goli.Oczywiście, można lubić uczucie świeżo wywoskowanych/ogolonych/wydepilowanych nóg – i to też jest ok."

źródło :

https://www.smh.com.au/.../when-did-we-decide-women...

12 listopada 2021   Dodaj komentarz
Życie   ciekawostki   golenie nóg kobieta gładkie nogi  

Rak piersi u mężczyzn...temat tabu

 

Występuje bardzo rzadko — w Polsce rejestruje się około 120 przypadków nowych zachorowań rocznie.Ryzyko zachorowania na raka piersi wzrasta wraz z wiekiem. Wśród mężczyzn przed 35. rokiem życia ryzyko zachorowania wynosi 0,1 na 100 tysięcy ludności, aby po 85. roku życia przekroczyć 6,5 na100 tysięcy ludności. Stanowi mniej niż 1 proc. nowotworów złośliwych.

12 listopada 2021   Dodaj komentarz
Życie   rak piersi mężczyzn  

Burgundowe połoniny Parchackie i Bochotnickie...

 

Spalone burgundem i bursztynem Beskidzkie Połoniny, gdzieś w głowie od razu SDM, czy KSU. Jedne z wielu połonin w kraju, lecz chyba najbardziej pokochane tu na Lubelszczyźnie. Pachą smagany wiatrem chłodem, ciskają często śniegami pierwszymi...lecz kochają je obieżyświaty mocno.. Ja połonin nie potrzebuję i tych bieszczadzkich i innych. Mam świat burgundów i bursztynów, palących złotem i miedzią ...Uciekamy daleko od miejsca bycia, zostawiając w nich nasze problemy i troski. Każdy km dalej daje jakąś nieopisaną lekkość w duszy i umyśle. Majaczące miraże naszych siedlisk ledwo dostrzegalnych zza lusterka  gasi w nas poczucie obowiązku, takiej tyrady sprostania wszelkiemu co nas tyczyło. Szarady życiowych normalności, od zawiezienia dzieciaka do przedszkola, wjazdu na godin wiele do pracy, czy uprania skarpet na rano. Torby zapakowane niezbędnym asortymentem, kawa w termosie i byle dalej. Mamy te kilka dni resetu ,gdzieś daleko , byle dalej. Może znana Białka ? Czy Cieplice? Może Sopot? Czy Kołobrzeg? A być może Czaplinek?, czy może Drawsko?  … nie ważne byle dalej. Odetchnąć innym wstającym dniem z dala od tego ponurego badziewnego często bytu. A ja też bym chciał, też bym się zatopił znów w Hucie Nowej wierzchowinach Cisowsko-Orłowskich ,Zamczysku przy Widełkach, gdzieś w Ocisękach pizzę pyszną zjadł. W Daleszycach na szlaku partyzantom i generałowi Hauke pochylił czoła. W Rakowie na ryku zakupił szczypkę i na klasztor spojrzał znów.Czy pod Łagowem w barze Leśnym na pięknej ceracie zjadł wyśmienitego śledzia z cebulką, czy placka po węgiersku. Na Łyścu posmakował klasztornej kwaśnicy, czy na Bodzentynie postawił kamyk na mecewie....Lecz nie dane mi jest i może za wa lata znów zacznę peregrynację po moich kochanych do końca Świętokrzyskich szlakach. 

Lecz tu pod nosem ,palone zbocza wierzchowin się prężą już od końcówki Puław. Już ulica Niezapominajki na swoim zwięczeniu gaśnie w palonych klonowych liściach. Już się pręży świat lasu na wąwozach, już im bliżej Parchatki wstające i coraz wyższe te wierzchowiny. Prężą się niebywale na jej lewym od drogi majestacie. Już smak czuć ziemistość jesieni. Gdzieś na wysokości   początku Parchatki pali się niebywale berberys i na swych strąkach ma genialne jagody, wyżej niczym damy w koronie graby i wiązy się dogaszają. Swoją już bladą zielonością i szkarłatnym odcieniem przyzywają zimę, tą srogą,tą nieuniknioną. Jesion już pobladł mocno i jak orzech włosi oddaje ostatni oddech swej zieloności. Gdzieś obwisły liść zżółkły i beżowy zwiewa niedzielny wiaterek. Przy nim brzoza i to nie jedna swojej biało,czarnej postaci fason trzyma dobrze, gdzieś tracąc liść mały, dąb czerwony napełnia świat blisko niego swym szkarłatem i karmazynem. Widok zapiera dech na długo, zrywam oko z wierzchowin i obok drogi chodnik ...jest po tragedii kolejnej...w bólach wywalczony w sołectwie...dalej ławka pusta....szkoda ...może jak na powrocie może Ania będzie siedziała na niej. Gdzieś majaczą już dobrze widoczne parchackie 3 krzyże...dziś jadę dalej...mój pasażer lat 3 zna tą trasę. Przemierzaną nie raz, setki razy. Te szlaki na Pietrową Górę,na Losek, na Tarasy...tyle razy przemierzane....dziś chcę mu pokazać  piękno kamieniołomu. Lecimy wśród zakrętów wiślanego bytu. Bochotnica  znak mijamy. Łapię mocny oddech i czuję radość, taką w sobie znaną. Wiem, znam to miejsce. Boże jak Tu dawno nie byłem. Koło Groty śmigam,szkołę z 1938 zostawiam, Zamłynie i jego piękny asfalt i chodnik.Tartak ,droga na Zbędowice...upadający w oczach młyn. Tu kotków kilka się afiszuje, miałczy przy młynie. My z młodym oddychamy Bystrą całym sobą. Boże jak nam  tego brakowało, czemu nas znów Tu nie było ! No czemu...moja wina,ojca już łysawego z brzuchem. Bucha Bystra na nas , prycha koń obok. Gdzieś na ulicy młode dziewczyny sobie opowiadają swój świat idąc do Biedronki. Ja młodego na barana biorę i idziemy w jeden z kilku wyłomów poboru kamienia. Ścieżka wydeptana mocno mijam wyżpin , głóg, i co ciekawe oset kwitnący. I tak się ugiąłem nad tym geniuszem tego miejsca  poraz kolejny. Za kanałem młyńskim bilony dom byłych młynarzy , droga na Wierzchoniów przy Szelągowej Górze,a na lewo do kur ,kaczek, na tartak, na drogę do Zbędowic, na szlak niebieski. Dym z każdej chałupy się zacząć ścielić. Czuć było paloną sośninę czy grabinę, gdzieś zaszczekał azor... my przy wejściu do jaskini, gdzie kwitnie jeszcze, miałczący kot...Czas na nas ,znów w tym świcie geniuszu jesieni zamkniętej....Młody zapięty w pasy patrzał się nad oddalającym się światem śp E.Piwowarka...czująć z nim wieź i pomost Bochtnicki...te nasze pogawędki we troje pod balkonem....

18 października 2021   Dodaj komentarz
bochotnica   parchatka   Życie   przyroda   filozofia  

Baby ...szpinakowe wspomnienie

Baby ...tytuł chwytny od razu. Panowie z racji zainteresowania płcią przeciwną niezależnie od wszystkiego, panie z kolei ciekawe co i jak tam jest. Panie ciekawe bardziej, ot tak mimo chodem, podejrzeć, podciągnąć kawałek firanki by zobaczyć co i jak. Ale dziś nie o tych babach. O nie. 

Dziś a w sumie wczoraj rzucone baby na patelnię. Na niej dogasała niemrawa już parówka z cebulą swojską, kawałki boczku i gorejący czosnek. Zaprawione to nutą soli kamiennej ( a jakże! U mnie tylko kamienna) i gryzącego w moździerzu pieprzu kolorowego. Cebula oddawała swoje smaki i zapachy, boczek topił się na modłę FIT, czosnek ciskał nowymi smakami i zapachami swoistymi...Pamiętam u brata na przyjęciu weselnym kamionkę smalcu swojskiego i cały stół wiejski. Gdzie i księżycówki można było podpić, podpalanką się ugościć, gici wieprzowej popróbować, ale ten smalec z jabłkiem ,drobiną czosnku,zatopiony w cebuli na kawałku swojskiego żytniego chleba z kiszonym zrywał wszystkie gwiazdki Miszelin,deptał konwenanse,budził normalność i  swojskość, wprowadzał stan bycia i bytu w satysfakcji pełnego....taka pajda smalczyku z kiszonym do kieliszka swojaka... Tyle nam potrzeba...nie wyuzdanego łiskacza z colą w lodowej odsłonie , nie sączonego drinka z palemkami na taniej odsłonie panterozy. Starczą nasze korzenie , smak tej ziemi, żyta zamknięty w swojaku, kiszonego ogóra podlewanego w palącym czerwcowym dniu, chleba pachnącego zakwaską,pieczonego z myślą o naszych przodkach chleba na liściu chrzanu , noszącego jak gorący jeszcze znak krzyża nanoszącego przez nóż w dłoni. To nasze, to polskie, to nam smakuje nie ważne jaka pora roku, nie ważne jakie wydarzenie, nie ważne jaka pogoda. W Nałęczowie, Tokarni, Sandomierzu, Sosnowcu, Radomiu, Gdyni zawsze zestaw pajda ze smalcem i kiszonym smakuje całą Polską i naszą tradycją ,byciem i bytem milionów naszych ojców, babek... kiszone ogórki, jabłka, kapusta..na ten przednówek ….musi starczyć.. Do tego garstka okrasy,pęczaku jęczmiennego ,tatarki garść, kubeczek maślanki...

Dziś baby ,liście szpinaku lądują na patelni. Szpinak ! Każdy krzyczy zdrowy! Pyszny i genialny! Od razu ,bez zastanowienia. Bez analizy ,że nie każdy może bo masa w nim kwasu szczawiowego...choćby. W smaku same liście niczym wiór ,smaku zero..no może gdzieś słychać chlorofilu smak. Zielony, uprawiany od dawna ,gdzieś w Persji w kraju już znany od XVIII wieku, przyjrzała się mu księżna Jabłonowska ,tak ta od Kockiego przybytku... Dziś w sumie wczoraj w folijce z biedry piękne liście lądują na patelce skwierczącej przaśnością cebuli i czosnku, kawałkiem parówki i czosnku podspażanego światem, padają i się zwijają ,gasną w oczach uwalniają swój zapach i smak. Ich mocny zielony kolor zatapiam w przecierze pomidorów limo dopełniających się na wiślanych madach ...zapachy i smaki łączą się. Zatapiają się w swoje etymologie, sól kamienna ich łączy nadając z kolorowym w moździerzu pieprzem nowego wymiaru. Złączone na stałe są genialne na podpieczoną kromkę chleba , czy jak to czyniłem w kaszy pęczaku,jaglanej i tatarki nie palonej złączeniu. Kilka kropel awangardy..czyli pomidorów suszonych w oliwie ...i przaśna kasza nabiera szpinakowo-pomidorowej mocy ,okraszonej kawałkiem czosnku i w symbiozie z kaszą ...gra koncert w podniebieniu za małe złocisze....

12 października 2021   Dodaj komentarz
Życie   szpinak szpinak w pomidorach  

Bulgoczący paprykowy świat wspomnień

Twarz już przysiwiałego murzyna na etykiecie w pomarańczu zatopionej. Pamiętam jak na początku lat 90 w SAMach pojawił się nowy niespotykany produkt. Gotowy sos do jedzenia. Smak już nie pamiętam.Uncle Ben's . Na nasze wujaszek Ben. Z ryżem saki ostro-kwaśne oferował. Ryż znałem wujaszka nie. Patrzyłem z boku i z obawą z czym to się jada. Obok rozgościł się Knorr z jego Fix-em chińskim. A przecież była znana co najwyżej kostka z Winiar , ta drobiowa czy wołowa. Gasząca studenckie podniebienie lat 90 wczesnych w koszalińskim skrawku żakowskim. Tu nie było filozofii, odłamywało się kawałek kostki ,zalewało wrzątkiem ,bełtało do rozpuszczenia. Ten chemiczno – tajemniczy zapach zaczynał unosić się na kuchni. Smak ..coż nikt nie wybrzydzał . Do tego parówkowa i kawałek bułki z Podlaskim. Obiad idealny.  Tu zrodziła się potrzeba narodu by takie szybkie zupki , ww smaku miałkie,ale strawne na rynku wdrażać. Pamiętam barszcz czerwony instant z Winiar ,czy Knora. Jak nasi kopacze przed mistrzostwami kopanymi zachwalali i zajadali się kubkami grochowej ,czy cebulowej knorra. Wystarczył wrzątek ,kawałek kubeczka i ta saszetka. Sypał się z niej proszek a rozbełtane z wodą nabierało gęstości i smaku. Gdzie tam do pomidorowej ,czy grochowej...ale coś miało w sobie. Przewagę szybkości robienia. O już nie trzeba było grochu moczyć, żeberek kupić ,okopowych, garów i warzenia godzinami. Tu sruu zerwać górę saszetki,dostać się do wrzątku i zalać. Mieszać minutę i mieć. Jak panisko ,do ręki drugiej kawałek podwawelskiej i wrocławskiej bułki. Mieć świat u stóp...choć na chwilę.... To już te czasy ,gdzie wujaszek Ben podpowiadał. Ryż i leczo. Co to leczo do licha. Uczyłem się na studiach o gulaszu,ragu ,ale leczo? Ki diabeł. Tuż po przełomie systemów to nie było znane wcale. Gdzieś ktoś robił sosy takie z pomidora LIMO okraszając papryką białą „sopel” z foliaka. Dawał kury trochę, groszku. Takie pierwotne smaki lecza. Później pod koniec lat 90 przyszła nauka ,co to za diabeł. Okazało się ,że pod tą nazwą można zawszeć każdy gulasz pod warunkiem ,że ma masę papryki i pomidora. Ciut cukinii czy kabaczka ,cebuli zdrowie i mięska kawałek ...lub bez.To bez nie bez przyczyny. Okazuje się ,że jak dasz trochę czosnku i kuku lub soczewicy,soi to i mięsiwo zbędne. Tak powstało danie ,co w nazwie ma leczo a jest polskim wezwaniem do gulaszu z warzyw. Takich nie okopowych raczej. Sypnięte lekko rozmarynem, estragonem ,czy bazylią nabierało nowego oblicza. Koniec lat 90 i zajadałem się na dogasających studiach słoikami tego frykasa. Z ryżem od wujaszka, czy pęczakiem, czy  gryczaką! Nawet z ziemniakiem wchodziło. Miało w sobie smak paprykowego świata....Jak wyszło za rzadkie to była zupa a'la węgierska ..bezmięsna. I pamiętam z domu słoików mrowie...tu bigos, tu gołąbki i to leczo się znajdywało. A plecak bez stelaża ważył pod 70 kg...na taborku w kuchni kładziony ..jak kiedyś bratowy ...ja za kucki ,za szelki w kucku i do góry. Żyły wychodziły ,ale wiedziałem ,że to plecak na studia ...na miesiąc życia. Mama uwijała się najpierw dla brata,później siostry i na końcu mnie ...słoiki wkładała smakołyków mrowie. Bym w Koszalinie na Mechanicznym miał co jeść. Teraz to doceniam, tak bardzo,że aż w dołku ściska!

To poświęcenie rodziców do końca,bez barier ,bez zahamowań dla dzieci....Coś już jako tato 2 dzieci i 42 latek wiem.Zaczynam co dzień chylić czoła przed rodzicami co dzień doceniając ich poświęcenie dla dzieci...

Dziś w garze bulgoce jak dawniej kawałek papryki czerwonej, cebuli ,trochę oberżyny, pomidora i ostrej papryczki...do tego pęczak ...tak ten jęczmienny.... ten zapach studenckich lat i młodości życia bije w mym domu cały czas....polecam...

24 września 2021   Dodaj komentarz
Życie   rodzinne strony   filozofia   leczo studia dom papryka  
< 1 2 3 4 5 6 >
Blogi