• Grupa PINO
  • Prv.pl
  • Patrz.pl
  • Jpg.pl
  • Blogi.pl
  • Slajdzik.pl
  • Tujest.pl
  • Moblo.pl
  • Jak.pl
  • Logowanie
  • Rejestracja

Blog o przyrodzie, naturze, śpiewaniu, historii

Kategorie postów

  • aktywność sportowa (13)
  • basonia (1)
  • bobrowniki (4)
  • bochotnica (12)
  • bonow (2)
  • borowa (16)
  • borowina (5)
  • chrząchów (1)
  • chrząchówek (1)
  • ciekawostki (23)
  • cmentarze (21)
  • delegacyjny i podróżniczy splen (5)
  • dęblin (27)
  • drozdówko (1)
  • epidemie (6)
  • filozofia (67)
  • gołąb (5)
  • góra puławska (3)
  • historia (130)
  • jaroszyn (1)
  • józefów (1)
  • karczmiska (1)
  • kleszczówka (1)
  • końskowola (7)
  • kurów (1)
  • Łęka (1)
  • maciejowice (1)
  • matygi (4)
  • młyny i wiatraki (25)
  • mosty i przeprawy (3)
  • nieciecz (1)
  • obłapy (1)
  • opatkowice (1)
  • osmolice (1)
  • parchatka (6)
  • piskory (1)
  • podzamcze (1)
  • pożó (8)
  • przyroda (44)
  • puławy (48)
  • rodzinne strony (55)
  • rudy (4)
  • sieciechów (3)
  • sielce (1)
  • skoki (6)
  • skowieszyn (6)
  • smaki ryb w puławach (2)
  • spiew (12)
  • starowice (1)
  • technika (5)
  • trzcianki (1)
  • wąwolnica (1)
  • wieprz (2)
  • wierzchoniów (1)
  • wieże wodne- ciśnień (7)
  • wisła (8)
  • witoszyn (1)
  • włostowice (2)
  • wojciechów (2)
  • wolka nowodworska (1)
  • wólka gołebska (6)
  • wskaźniki artyleryjskie (1)
  • wyznania religijne (18)
  • zbędowice (2)
  • ziemia szczecinecka (1)
  • Życie (54)

Strony

  • Strona główna

Linki

  • Bez kategorii
    • Blog o własnej wędlinach....
  • Bieganie inie tylko
    • Maratończyk i jego przemyślenia
  • Historia
    • Fortyfikacje
    • I WŚ Puławy
    • Interaktywne stare mapy
    • O cmentarzach , dworkach
  • Historia lokalna
    • Dawne Puławy
    • I Wojna Światowa
    • Kompendium wiedzy o Gołębiu
    • Poznaj Lublin
    • Skoki i Borowa
    • Świetny blog o historii regionu
    • Wszystko o Sieciechowie
    • Wyjdź z pociągu
    • Zabytki, zaułki, zakątki ...
  • proces technologiczny
    • Procesy technologiczne
  • Przyroda
    • Blog leśniczego

Kategoria

Życie, strona 3

< 1 2 3 4 5 6 >

Cukiniowe westchnienie młodości

W mroku niepamięci nie sięgam tak daleko bym sobie rozprawę dał, kiedy w domu rodzinnym pojawiła się cukinia. To musiało być gdzieś cichaczem posiana, tak na spróbunek. Zobaczyć co z tego będzie. Już nie raz chwaliłem mamę i tatę jak pioniersko zaprawiali ogródki nowym i często na wsi czy gminie egzotycznym warzywem czy owocem. A to skorzonera, a to arbuz czy rodzynek brazylijski. Arbuzy nie porosły duże, ot  kulki niewielkie, w dłoni pełne. Płoży się jak patison czy kabaczek.  Owoc mimo szklarniowego chowu nie porósł duży. Było ich kilka. Tej rosły miał może z 1 kg ,reszta jak męska ojcowska pięść. Zebrane w kosz i poniesione na 2 piętro bloku do kuchni czekały na osąd. Bardziej patrzyliśmy z zachwytem niż z oczekiwaniem na smak. Nie chciały rosnąć. Podlewane, pieszczone , modłami odprawiane …po trosze rosły i kuniec. Czas stanął , łodyga z dnia na dzień usychała kiwając szalkę dojrzałości arbuzowej . I ten największy rozkrojony został, podzielon po biesiadników. Takiej słodyczy nie miałem w ustach po dziś dzień. Malutka kulka arbuza a tyle dała nauki rodzicom a nam żgajom smaku. Eksperyment jednokrotny był , nie nadał się arbuz na kołobrzeskie przyrody. Tak na Bałkanach , gruzińskich wertepach rośnie mu się wybornie. A  rodzynki? Myślicie ,że smakują równie słodko prosto z krzaka ? …skąd. Po odrzuceniu sercowatej łupiny już lekko uschłej pojawiała się jagoda, ni żółta ni czerwowana. Jedna w łupinie, sama. W smaku swoista nie słodka zanadto. Skorzonera? Kto słyszał o tej korzeniowej roślinie. Smakiem ni to kokos ,ni orzech włoski a jaki sok , mleczny wręcz ….cudowny…

Lipiec , ostatnie ziemniaki się kwiecą, już podbierane są z redły. Już z koperkiem i kwaśnym na obiad. Takie nie obierane, tylko delikatne skrobane. Niekiedy sadzone przy nich, lekko osolone i pieprzem pokryte. Kwaśne swoje, w garczku pod śmietaną zbieraną. W lodówce schłodzone kwaśne, w takie duże klocki pamiętam galaretowane kwadraty cięte nożem i wybierane łychą. Można było i pić i jeść. Takie swoje kwaśne było. Gasiło natychmiast upał , czy uczucie pragnienia. I te młode ziemniaki lekko popętane z sadzanym na koperku i kwaśnym. To Obiad lipcowych długich dni na roli i krótkich nocy. Za nim w sadzie naszym śliwa wczesna. Żółta choć nie do końca. Ale wczesna. Duża ta śliwa ,znaczy owoc, bo drzewo skromne. Latało się na gówniarza pod tą śliwę.Obok była stara poniemiecka wiśnia. W sumie dwie… jedna poszła pod nóż. Druga rodziła. Wysoko swe wiśnie. Pamiętam jak wzbierała w smaku owocem , karmazynem i szkarłatem zachodzącym tym śliwa żółta smaków miała całe kobierce. I tą śliwę kijaszkiem tłukłem by owoce skosztować…. Patrz..dziś znów zobaczyłem żółte śliwki. Pewnie z daleka. Nie mogłem sobie nie kupić kilka deka. Zatapiając się w nich zatapiałem się w swoją młodzieńczość…i smaki się zgrały całe…. Jak dawno nie kosztowałem tej śliwy…A co z cukinią?

Dziś sąsiad mnie zaopatrzył kilkoma nimi, różnymi …tymi i żółtymi i zielonymi. Cukinia kupuje smak od innego co z nim w garnku siedzi. Pamiętam w domu siostra kochała placki z kabaczka. Czy z obranego kabaczka pociachanego na talarki ,czy takiego na tarce poszatkowanego. Jajko, bułka tarta, na patelnie… a ja tych kabaczków nie lubiłem …dla mnie zbyt kabaczkowe były. A w domu dyna się nie przyjęła ale patison tak. Dziwne te twory ale smakowały pierwyj sort. Te z octu głównie. Kabaczek to tylko pestka dla mnie , samego go nie lubiłem ,ale cukinia ? swoistego smaku mało jak kasza jaglana. Lubiłem z niej placki, lubię ją w pomidorach, czosnku, lubię ją, bo nie brzmi cukiniowo, tylko dyplomatycznie.

Dziś w tych wspomnieniach na żywo się lubuję…mam je w koszykach. Kalafior wiadomo …nie teraz ale jest. Ta śliwka …ta cukinia ….ta młodość…

12 lipca 2021   Komentarze (1)
rodzinne strony   Życie  

Ulęgałek świat....

 

 

Lekko przypieka. Już w końcu lipiec. Wiatr delikatnie wkrada się w wiekowe dęby Puławskie.Niesie z sobą horyzont każdej tu mijanej historii. Błonie Puławskie tak bezwarunkowo wyprasowane, wyznaczone, dające teraz seniorom spokojnie poćwiczyć na siłowni, młodym na atlasach się wyżyć, dziecinom na placyku z bujawkami i grającymi rurami się spełnić, a w sektorze ogrodzeniowym psom i ich właścicielom ulżyć w bycie psim. Jest i modernistyczny ,spawany mostek, jest i rów ,gdzie i kosaćce i krwawnice się lubują. Otoczne to turzycami i trawą wysoką, wijące się niczym małe potoki dróżki kierują nasze podążanie. I te dęby wiekowe, zabytkowe a pod nimi park rozrywki dla małych i ciut większych. Hamaki do pobujania, ławeczki do spoczęcia i lekcje przyrody dalej na poznawczych obrotowych tablicach. Gdzieś tam na ławeczce pan już sędziwy. Oddech częsty ,płytki. Gorąco. Pod jego cieniem ,suczka nie młoda. Przy niej miseczka blaskiem słońca się mieniąca. W niej woda. Pan nalał i zaprasza do picia. Pij kochana bo upał. A sunia nie chce, widać,że samo jej tu z panem bycie jest jej całym światem, całym dobrem. Taki pan ,tak kocha i dba. Starszy nie ustępuje i namawia do kilku chłeptów wody …psina odporna na te zalotne prośby…oddycha równie szybko jak pan i z geniuszem przywiązanej miłości do niego. Tu i słychać ogrom młodzieży na boisku, coś trenują , kopią tą piłę ….aż w taki upał nie wypada wręcz. Nie dają poznać ,że pot po tyłku leje i ganiają raz na lewo, raz na prawo,raz do przodu i raz na tył. Gdzieś młodego chłopca zatapia się w piasku , inny z kolei nasypuje do wiadereczka piasek, gdzieś obok dylemat i spór u chyba 5 latków sędziują babcie. Rower na uliczkach dębowych pomyka szybko, tak tylko na sekundkę w tym świecie się pojawia. Młodzież na hamakach w telefonie zatopiona. Starszych para z wolna w kierunku Mickiewicza podąża…I ja z młodym wtopieni w ten obraz lipcowego, dębowego popołudnia. Zaoferowany ruchomymi obrazkami płazów kręci nimi syn agresywnie i coś mówi. Podlatuje pod ptaki i pokazuje na sowę…huuu huuu.Zna ten odgłos, co noc na Spacerowej gra w nocy. Pan zaprasza młodzieńca mego do rozmowy. Zaczynają się między nimi więzi pokoleń i doświadczeń tworzyć…niesamowity obraz dziadka i 3 lata. Wyrośniętego dębu i kiełka… Patrzę na nich i zostawiam ich w ich świecie. Gaśnie we mnie zewnętrzność i okiem patrzę na nich ,drugim na drzewo. Drzewo wyzwala we nie niesamowite wspomnienia i emocje. Wiem ,że pan z suczką to dobry człowiek i mogę syna na chwilę aż tak nie przyglądać. Podchodzę kilka kroków dalej, dotykam drzewa dłonią i uderza we mnie oje dzieciństwo. Połowa lat 80 tych , no może ciut dalej. Otwieram znów szufladę wspomnień. Nie spodziewałem się ,że uderzą we mnie podlotka życie teraz Syn z Panem rozmawia a ja już widzę jednym okiem stawek bagno. Mocno torficzne, ziemię mocno mokrą , wodą nasączoną . Trawy i perz rosły niebywały. Moje szorty pocerowane troszkę, koszulka biała , jakieś trampki na nogach. Biegnę na rów, z oddalonych niebywale mało obórkach. Wiem po co lecę.Sierpień późny, już słońce dobrze pali. Owoce nabierają smaku, zboże się złoci ..już dawno młody ziemniak swój z koperkiem i kwaśnym na stole gości. Już i po wiśniach i malinach ,truskawkowy tylko został wspomnień chichot. Śliwy się pudrują , warzywa żywią. Ta fasolka szparagowa czy bób już jedzony…w całości znaczy łupinie. A pomidor z folii i gruntowy ogórek się znajdzie. Ale dziś nie na te frykasy patrzę. Stoję jak młody szczaw przy dwóch drzewach. Przy rowie,od bagna do Wkry.Tam oblepione co roku owocami …grusza..dzika. Jak tu przy błoniach Puławskich – ulęgałki. Owoców mrowie , smak nie bardzo. Cierpki jakiś gębę wykręca. Ale owoców tysiące. Stoję przed ulęgałkami tu na Błoniach i tam u siebie pod Kołobrzegiem. Ten sam czuję smak, ten sam sentyment, tą samą do nich miłość. Ileż to koszy tych malutkich gruszek do domu naniosłem. Ileż musiały się w domu nabyć by słodyczy złapać , by można było je do kompotu, dżemu czy do pojedzenia. Tak nietrwałe a tak na trwałe wryły się we mnie. Tak ochoczo i z estymą je zbierałem i niosłem do domu. Mama tylko wzdychała ..znów ulęgałki? Znów jabłek dzikich narwałeś? Tak, rwałem i zbierałem by po trudzie matczynych rąk i tatowych prac w lutym czy kwietniu tego dżemu posmakować. A jabłka się w piekarniku piekło ..nabierały smaku własnego nam pasującego. I te kosze całe pamiętam tych gruszy spod rowu ciągnąłem zagony i ich cierpki smak czułem . Mimo to to były gruszki młodości mej ,ponad ocenę żadną. I tak te ulęgałki te z Błoni obudziły we mnie tego małego Pawła przy rowie. Wracam do rzeczywistości. Klaruje i wyrazu nabiera oko. Młody gdzieś koło bodziszka jest, suczka pije wodę ,pan szczęśliwy….ja też. Wiem ,gdzie mogę przyjść po te moje ukochane ulęgałki…w tym roku planuję z nich zrobić ocet owocowy…ulęgałkowy….

Zdjęcie z netu ... super zdjęcie

04 lipca 2021   Dodaj komentarz
rodzinne strony   puławy   Życie   dom rodzinny ulęgałki Puławt  

Przemoc i znęcanie nad osobami starszymi......

Dzisiaj jest Światowy Dzień Świadomości Znęcania się nad Osobami Starszymi. Problem może się pojawiać coraz częściej ponieważ już niedługo  prawie 30% społeczeństwa w Polsce będzie starsze niż 60 lat. Temat niezwykle trudny społecznie, zamiatany pod dywan. Dziś o głównych ofiarach tego zjawiska….kobietach

 

„Badania wykazują, że nawet do 20% osób starszych doznało przemocy fizycznej i psychicznej od najbliższych. Zgodnie z kryteriami przyjętymi przez E. Rosset, w 2020 r. próg starości przekroczyło 12% światowej populacji (osoby powyżej 60 roku życia), co oznacza, że Polska należy do krajów, w których proces starzenia się populacji jest zaawansowany. Dane Eurostat pokazują, że w 2030 r. osoby w wieku 60 lat i więcej będą stanowiły 28% polskiego społeczeństwa, z czego ci najstarsi w wieku powyżej 85 lat — 2,1%. Będzie to oznaczało po pierwsze, że wzrośnie odsetek starszych osób żyjących samotnie. Ten proces wiąże się z samotnością i większym ryzykiem wykluczenia Po drugie, feminizacja starości .Wiek kobiet – ofiar przemocy w związku małżeńskim/partnerskim można umieścić w przedziale 60 – 81 lat. Ponad połowa pokrzywdzonych (51,4%) to sześćdziesięciolatki, ale dość często kobiety doświadczające przemocy miały też 62, 64 czy 65 lat – każda z tych grup stanowiła 7,1% badanych. Co więcej, 76,0% ofiar mieszkało w mieście, pozostałe na wsi. Żadna z nich nie miała migracyjnego pochodzenia. Nie zdarzył się również przypadek, że ofiara przemocy świadczyła opiekę pielęgnacyjną wobec sprawcy, zaś 3 z nich (4,3%) znajdowały się w sytuacji odwrotnej – otrzymywały od sprawcy opiekę. Istotne jest, iż połowa kobiet miała problemy ze zdrowiem, tym samym ich fizyczne/psychiczne zdolności do obrony przed agresją sprawcy były ograniczone. Prawie wszystkie z nich (95,7%) otrzymywały emeryturę.  

Małżeństwo i rodzina w opinii starszych kobiet doświadczających przemocy

 

 

Ważne jest także podkreślenie, że ponad połowa ofiar zamieszkiwała nie tylko ze sprawcą, ale i  z innymi członkami rodziny. W 55,7% analizowanych przypadków z poszkodowaną i jej  mężem/partnerem mieszkały zwykle dorosłe dzieci z wnukami, bądź matka pokrzywdzonej. Analiza materiału sądowego pozwala również na przedstawienie profilu sprawcy przemocy wobec kobiet w podeszłym wieku. W każdym z badanych przypadków był nim mężczyzna (mąż, partner) niemający migracyjnego pochodzenia. Część aktów przemocy zaczęła się tuż po zawarciu związku małżeńskiego, lecz zdecydowana większość sprawców miała 50 lat i więcej, kiedy ofiara po raz pierwszy zgłosiła się np. na policję ujawniając, że doświadczaprzemocy. Stało się to zatem po okresie wieloletniego doświadczania przemocy. W momencie ostatniego odnotowanego przez policję incydentu przemocy, który często decydował o  wszczęciu postępowania, wiek sprawców mieścił się w przedziale 52-82 lata, z czego najwięcej sprawców było w wieku:59 lat (12,9%), 60 lat (14,3%), 61 lat (11,4%) i 65 lat (10%). Na poważne choroby somatyczne cierpiało 38,6% sprawców, 14,3% było niepełnosprawnych fizycznie, 2,9% chorych psychicznie, a u 5,7% zdiagnozowano demencję. Każdy z  mężczyzn miał problem z  nadużywaniem alkoholu. Duża część sprawców (80,0%) otrzymywała emeryturę, a o 10,0% z nich można powiedzieć, że byli ekonomicznie zależni od ofiar. 

Wypowiedzi kobiet wskazują na ogromne znaczenie, jakie w ich życiu mają najbliżsi. Nic więc dziwnego, że doświadczana przez nie sytuacja wywołuje w nich strach i obawę nie tylko o siebie, ale i o innych członków rodziny. Dość często pojawiały się także uczucia wstydu, poniżenia, rozgoryczenia czy zawodu, a z drugiej strony cierpliwość i wiara w poprawę, zmianę na lepsze. Niżej zostaną zacytowane fragmenty wypowiedzi kobiet, obrazujące te kwestie.

Strach

Irena Pospiszyl wyjaśnia, że „jeżeli kobieta nie odejdzie względnie szybko od męża, to po pewnym czasie przebywania w przemocowym związku, rodzi się specyficzny rodzaj postaw zależnościowych zarówno w  psychice ofiary, jak i agresora, postaw rzadko uświadomionych, jednak głęboko osadzonych w duszy jednostki, stanowiących bardzo silny czynnik spajający traumatyczny związek” .A w takim związku pojawiają się różne emocje – bardzo często (jeśli nie wyłącznie) te negatywne, np. strach. W dokumentach jednej z analizowanych spraw pojawiła się następująca wypowiedź zeznającej ofiary przemocy: syn staje w mojej obronie, boję się że kiedyś zrobi mu [sprawcy] krzywdę i pójdzie za to siedzieć (…) Syn mógłby mnie przed nim obronić, ale jak mówiłam, boję się, żeby nie poszedł siedzieć. Bywa, że pije kilka dni, później kilka dni przerwy i znów od początku. Świadkami zachowania męża są syn i sąsiadka. Nie robiłam nigdy obdukcji (kobieta 1, w  związku małżeńskim od 33 lat). W podobny sposób wypowiadała się inna poszkodowana, która wyrażała obawę o  zdrowie i  życie swoje i  dzieci: mąż mnie bije, wypędza z  domu, miałam obrażenia ciała w postaci siniaków, zadrapań. Ponadto grozi mi i dzieciom kiedy stają w mojej obronie – zabójstwem. Mąż miał nakazane leczenie odwykowe, które nie przynosi rezultatów (…) Nie odzywałam się, bo bałam się co on zrobi. Poszłam do prokuratury i złożyłam zawiadomienie, kiedy wróciłam, mąż powiedział, że mnie prokurator wyjebał. Powiedział, że się nie boi, bo mu nic nie zrobią.(…) Jestem tym zmęczona, kosztuje mnie to dużo nerwów i zdrowia. Ja się go boję, on jest nieobliczalny w swoim zachowaniu. Myślę, że w tym szale, w który wpada, może zabić. (kobieta 2, w związku małżeńskim od 36 lat).Boimy się spać w nocy ponieważ nie wiemy co on może zrobić (…) Boimy się z synem siedzieć wieczorem, ponieważ wyłącza światło i grozi, że nas zabije – opowiadała inna pokrzywdzona (kobieta 6, w związku małżeńskim od 39 lat). I jeszcze jeden cytat obrazujący jak wiele negatywnych uczuć towarzyszy domownikom zamieszkującym pod jednym dachem ze sprawcą przemocy i  jakie mogą być tego konsekwencje: Dzieci stają w mojej obronie, on je szarpie i kopie. Nie robiłam wcześniej żadnych badań lekarskich, ale ostatnio, po pobiciu była u lekarza i ten wydał zaświadczenie o obrażeniach. Mąż jest w I grupie inwalidzkiej bo choruje na tarczycę i cukrzycę. Pomimo chorób jest cały czas agresywny wobec mnie i dzieci. W domu jest atmosfera strachu i psychicznego wykończenia. Żyjemy w ciągłym strachu, mimo, że córka dobrze się uczyła, musiała powtarzać III klasę liceum. Gdy zgłosiła się do lekarza, on orzekł załamanie nerwowe spowodowane złą sytuacją rodzinną. Syn też bierze leki i jest pod kontrolą lekarza (…) Byłam na policji ze skargami na męża, ale on uważa że nie można mu nic zrobić i się nie boi. Jego zachowanie jest dla nas coraz bardziej uciążliwe, żyję w strachu, że coś złego się wydarzy, ze się rano nie obudzę. 

Wstyd

Pia Mellody zajmująca się m.in. problematyką toksycznych związków, w  tym też związków z  występującą w  nich przemocą wyjaśnia, że „wstyd daje nam poczucie pokory, które pozwala nam wiedzieć, że nie jesteśmy Siłą Wyższą. Zdrowy wstyd przypomina nam, że jesteśmy omylni i że musimy się uczyć odpowiedzialności”. Jednak wstyd jest uczuciem, które podlega szkodliwym stereotypom naszej kultury. „Wolno odczuwać wstyd – pisze Mellody – ale nie powinno się o tym mówić. W rezultacie wielu z  nas w  ogóle nie dostrzega faktu, że życie każdego człowieka pełne jest doznań wstydu (…). Wstyd jest taką samą emocją, jak poczucie winy, ból czy radość, lecz ma pewną szczególną cechę, ponieważ dotyka naszego poczucia wartości, pozwalając nam dostrzec, że jesteśmy niedoskonali. (…) Wstyd to uczucie niezmiernie silne. Wielu ludzi sądzi, że  najpotężniejszym uczuciem jakiego doświadcza człowiek jest gniew, ale niektórzy uważają że jest nim wstyd”. Można przypuszczać, że u osób starych wstyd jest potężną emocją, dającą o sobie znać w różnych sytuacjach i wpływającą na podejmowane przez nich działania lub ich brak. Sprawdza się to w przypadku sytuacji przemocy małżeńskiej/ partnerskiej.

Analizowane zeznania kobiet potwierdziły, że wstyd znacząco oddziaływał na ich zachowania. Jedna z pokrzywdzonych mówiła: nie wzywałam policji, bo się wstydziłam. Obdukcji lekarskiej też nie robiłam, bo się wstydziłam tego, co się dzieje u mnie w domu (kobieta 2, w związku małżeńskim od 36 lat). Inna z kolei zeznała: Nigdy nie wzywałam policji, wstydziłam się dzwonić, 25 lat temu była u nas policja jak mnie pobił. Później już nie dzwoniłam (kobieta 4, w związku małżeńskim od 45 lat). Nigdy nie żaliłam się rodzinie na temat mojej sytuacji (kobieta 10, w związku małżeńskim od 25 lat) – relacjonowała kolejna kobieta i nie można wykluczyć, że czynnikiem hamującym ją przed ujawnieniem doświadczanego problemu był właśnie wstyd, gdyż nie jest łatwo mówić o tym, że krzywdzą nas osoby najbliższe. 

Poniżenie

Przywoływane wyżej badania przeprowadzone w  województwie podlaskim w latach 2006-2009 wśród ludzi starych wskazały, iż „zachowaniem agresywnym, które najczęściej miało miejsce w stosunku do osób starszych były kłótnie. Doświadczało ich 12,8% wszystkich osób starszych. Z wyzwiskami oraz znieważaniem spotkało się 9,5% respondentów". Zacytowany fragment został przytoczony celowo, gdyż ukazuje, że znieważanie przez  prawcę przemocy to kolejne odczucie doświadczane przez ofiary – również te, które zeznawały podczas dochodzenia prowadzonego przeciwko ich mężowi stosującemu zachowania agresywne. Podczas jednej z awantur mąż chwycił kij bejsbolowy i chciał mnie tym kijem bić. Wtedy córka stanęła w mojej obronie i mąż ją tym kijem uderzył w plecy. Krzyczy tak głośno, że nie można usiedzieć w domu. Nas traktuje jak szmaty, a przy mnie podchodzi do psa i tego psa głaszcze, całuje (kobieta 2, w związku małżeńskim od 36 lat) – opowiadała jedna z kobiet. W aktach innej sprawy można było przeczytać: Ubliżał i był zazdrosny o moje awanse w pracy. Jak ktoś do mnie przychodził ze znajomych bądź rodziny to się popisywał, chodził w slipkach, dawał do zrozumienia, że ten ktoś jest niepotrzebny tu (…) Poniżał mnie przy obcych ludziach, mówiąc, że jestem głupia. Wykrzykiwał, że jestem nic nie warta, pochodzę ze wsi. Zwykle nic nie mówiłam, ale zdarzało się, że nie wytrzymywałam i mówiłam, że jest bestią, ale nigdy go nie wyzywałam słowami wulgarnymi (…) 

Cierpliwość i wiara w poprawę

Stosowanie przemocy przez osobę najbliższą w  środowisku rodzinnym, które winno dawać poczucie bezpieczeństwa i wsparcia może być traktowane w kategorii sytuacji granicznej. Anna Pawełczyńska  wskazuje, iż przebywanie w takich warunkach zmusza do wyboru tego, co najważniejsze. Wypowiedzi respondentek wskazywały, że mimo przebywania w  sytuacji granicznej, jaką jest wieloletnie doświadczanie przemocy ze strony męża, pokrzywdzone cierpliwie wierzyły w poprawę i miały nadzieję na zmianę zachowania oprawcy. Można więc uznać, że rodzina i małżeństwo stanowiły w  ich przypadku największą wartość. Na taki stan rzeczy wskazuje fragment zeznań jednej z ofiar: kilka razy składałam zawiadomienie na policji o znęcaniu się ale za każdym razem je odwoływałam. Mąż obiecywał, że się poprawi a ja mu wierzyłam (kobieta, w związku małżeńskim od 32 lat). Inna z kolei dodała: nigdy wcześniej nie składałam zawiadomień, bo myślałam, że sytuacja się uspokoi (kobieta, w związku małżeńskim od 25 lat).Słowa kobiety wskazują na siłę przebaczenia i  składanej przysięgi małżeńskiej. Michel Wieviorka nazywa taki rodzaj przebaczenia (spotykany w sytuacjach szczególnie trudnych) wybaczaniem niewybaczalnym. Należy zwrócić uwagę, iż w wielu przypadkach kobiety doświadczające przemocy ze strony mężów, bądź partnerów życiowych, próbują zapomnieć i  mimo doznawanych krzywd – przebaczyć. Zdarzają się także przypadki usprawiedliwiania zachowania sprawcy.Zeznania kobiet doświadczających przemocy wskazują, że w wielu przypadkach, kiedy decydują się na zgłoszenie sprawy na policję nie mają zamiaru ukarać sprawcy, umieścić go w zakładzie karnym, czy też uzyskać zadośćuczynienie za doznane krzywdy. One chcą jedynie uzmysłowić mu niewłaściwe postępowanie. Nie oznacza to jednak, że rezygnują z pragnienia życia bez przemocy, w zgodnym, bezpiecznym związku…

Też tutaj kwestia wiary ma duże znaczenie, ponieważ są przekonane, że jest to grzech, że jest to nie w porządku, że powinny trwać dla dobra rodziny. I z resztą często w relacjach z duchownymi, no takie relacje dostają. Obok rozmowy z księdzem, ogromne znaczenie w znoszeniu agresywnych zachowań męża/ partnera ma dla ofiar przemocy – modlitwa. W rozmowie z Bogiem szukają pocieszenia i są do dalszego trwania przy współmałżonku/ partnerze….”

 

„Małżeństwo i rodzina w opinii starszych kobiet doświadczających przemocy. Na podstawie analizy akt sądowych w województwie podlaskim” - Małgorzata Halicka,Jerzy Halicki,Emilia Kramkowska,Anna Szafranek

Raport From INTERNATIONAL EXPERT’S CONFERENCE OF ELDER ABUSE PREVENTION AND  ROTECTION .

15 czerwca 2021   Dodaj komentarz
Życie  

Agrestu na Niwie smak...

 

Jeszcze niedojrzały.. jeszcze kwaśny ..dobiega mnie głos ulubionego pana starszego z balkonu. To człowiek serce Górnej Niwy. Broda i wąsy już razem od dawna. Ten szczery jego uśmiech  i ta niesamowita serdeczność ,empatia i altruizm w każdym centymetrze jego świata wymiarów.Młody w niego zapatrzony niesamowicie! Pamiętam ich pierwsze spotkanie ze 1,5 roku temu. Tu przy gołębiach na Roweckiego . Cichaczem karmiłem dłońmi Antosia gołębie a pan Starszy podszedł do nas , w sumie do syna i uderzyła w nas jego genialna anielskość. Mimo kilku słów ,cudowność człeka w wieku słusznym z sercem przepełnionym empatią i człowieczeństwem. Tak Go zapamiętałem i jak się niekiedy mijaliśmy to zawsze mu Dzień Dobry i skinienie dałem , tyle choć mogłem i mogę. Obdarza każdego spotkanego swoją wiarą w lepszego człowieka, w lepsze ja , w lepszy uśmiech , spojrzenie, tchnienie brwi, czy kąciki ust pełne normalności w tych czasach. Dziś z balkonu epatował swoją miłością do bliskich. A syn i ja wpatrzony w Niego i jego rozmowy o…kwaśnym i niedojrzałym i  tym jak się znamy, jak zna synka mego ,jak mijane rogi nasze się zbiegały i biegną ,gdzieś krzyżując. Ale ja wyciszyłem Tu i Teraz na moment okiem prawym łapiąc syna biegania po chodniku co chwilę ….zatracałem się w domu rodzinnym i dziadkowym sadzie.

Widząc Pana gasłem natenczas wyłaniając ze swojej pamięci nasz ogród, dziadkowy sad. Uderzyły lata 80-90 we mnie, jak w czerwcowy dzień kroki na ogrodzie w domu rodzinnym czyniłem. Gdzie krzaki porzeczki się puszyły, gdzie wiśnia zielonym owocem jeszcze była, gdzie pięknie na kremowo kwitły ziemniaki. Gdzie całe zagony  buraczka czerwonego – botwinki rosły, kopru naręcza czy marchwi łęcin padół. Szedłem do niego – do zapomnianego , do mniej lubianego, takiego biednego brata przed lecia owocu. Tu już arbuzy w krasie, truskawki zawisłe na krzaczkach. A mnie ten agrest ciągnął do siebie. Ciągnął nie tylko mnie …kocham jego kwaśno słodki smak. Ten owoc z ogonkiem ii dupką brązową. Na krzaku osadzony i oblepiony co roku . Tato mój dba by różność była i ten zielony, żółty czy czerwony. Czy nawet agresto-porzeczka. Takie twory się jadało. I miseczka plastikowa zielona n ten agrest z ogrodu rodziców i te maliny, niedojrzałe w pełni porzeczki czarne i czerwone i truskawki późno czrewcowo-lipcowe….To pamiętam jak teraz , czuję smak …Jezu jak to się jadło z krzaka czy ledwo co zerwane. Tak naturalnie, tak normalnie, tak z pola, tak z sadu. Ten agrest uwielbiam do dziś , jego maleńkie nasionka zatopione w słodyczy dojrzałości…a w cieście ? pychota! Niezastąpiony dżem z niego dla mięs czy serów pleśniowych. To wiem teraz ,ale wtedy za gnoja ? jak latało się po dworze do nocy, rżnęło w palanta czy lotki…wpadało się na ogród i cyk z krzaka i ten kwaśny i ten słodszy, bardziej miękki, czy ten bardziej burgundowy… Wtenczas tak naturalne …dziś jakby obce….

Przebudzam się ze wspomnień …tak zielony jeszcze mocno agrest i porzeczki na Roweckiego rosną…a Pan ich dogląda….niech rosną…

07 czerwca 2021   Komentarze (1)
puławy   Życie   filozofia   agres pan Kaziu Niwa Puławy  

Kawka...i nauka nasza...

 

Nieznośny ptasi jazgot , warkot skrzydeł i coraz agresywniejsze loty w naszą stronę. Pierwszy raz poczułem się jak intruz , obcy, zły , niechciany i nie proszony…. Stałem i patrzyłem jak matuszka natura ratuje i chce być zrozumiana. Tuman czarnych skrzydeł , lekko siwych łepków kawek nagle wzbija się przed nami , strasznie krzyczy, straszy , pikują stare kawki i atakują nas co chwilę. Stałem z młodym jak wryci. Biorę Go na rękę i oddalamy się powoli spod SP11. Zdumienie przechodzi w zrozumienie ,gdy na ziemi widzę latorośl kawki , młodego puchowo-opierzonego młodzieńca ,który latać nie bardzo ,wiec patrzy się na nas i skacze w krzaki. A te braty jego w watahę zbici ratują przed zagrożeniem. Oddaliliśmy się coś to i wrzaski ustały i z 4 kawki zleciały do młodego i były przy nim.

Co za cudowne świadectwo jedności, braterskości, współżycia , bycia i zżycia w stadzie. Te małe ptaszki zatykające nam często kominy, szyby wentylacyjne . Bo taka ich natura – dziupla to ich dom a nie gniazdo. Często zajmują gniazda gawronów z  braku laku  i niezdarnie położą gałązkę czy kawałek papierka. Nie są gniazdownikami , raczej uwielbią dziuple dziury, wnęki, rynny . Mądre ptaszyska . Jest ich masa i często są akcje sokołów by je przegonić. Pamiętam jak mieszkałem w Dęblinie na lotnisku. Tu w parku krukowatych było zatrzęsienie, całe niebo czarne , jeden wielki kra kra świat. Robiło to wrażenie , te gawrony, kawki i czarnowrony niekiedy. Kruki nie , były długo na terenie Twierdzy, ale przeniosły się w lasy przy strzelnicy w Skokach. Kilka ich tam gniazduje. Słyszę je niekiedy jak tam bywam , i te majestatyczne kra kra kra. Tak te kawki dały mi do myślenia. Jak np. rodzice ich zginą to cała reszta je broni, wychowuje, pokazuje co dobre co złe. Dziś miałem tego przykład , dziś poczułem dawno nie widzianą zażyłość na śmierć i życie. Za rodzinę , za zastępczą rodzinę, za ród, za kawki….

Stałem długo tam i nasłuchiwałem jak okrzykują mnie z daleka. Dają wyraźnie znać bym zostawił ich świat …. I zostawiłem…. Tak parzę i nie widzę wśród nas już takich społecznych zachowań....tylko moje i jemu…innemu nie ….

Na placu zabaw każdy rodzić łazi za swoim dzieckiem na krok , zacieśniając jego dziecięcy świat do niego i rodzica widzenia…. Sam chodzę za młodym na placu…by głupoty nie zrobił… Ale jak się bujamy to zawsze mu śpiewam…od zawsze …moim basem…głównie Ładysza, czy rosyjskie pieśni…ludzie się patrzą . Nikt nie zapytał …ale zatopieni w telefonach nie mają czasu na normalność, na śpiew dziecku, na rozmowę….na te kawki …ich piękną społeczną odpowiedzialność….mamy jedynie wymiar indywidualny podcinający dziecku jego świat… choć nie ZAWSZE i nie WSZĘDZIE…a to buduje….Bądźmy jak te kawki…uczmy się człowieczeństwa od nowa….w tych parszywych czasach….

04 czerwca 2021   Dodaj komentarz
Życie   kawka ludzie obrona  

...będzie padało ?.....

Będzie padało ?  

Piesek zbyt włochaty na te cieplejsze dni i sapie z całym sobą. Jego Pani siedzi na ławeczce pod surmią ,nazywaną także katalpą. Jej strąki wiszą puste i pęknięte. Ławeczka jak ławeczka, na skwerku . Gdzieś tam siłownia, kawałek placu dla dzieci. Gdzieś stoły szachowo-warcabowe. Porosły piękne śliwy wiśniowe kapiące burgundem i tą wiśniowatością. Pani zgarbiona , mocno przyprószona. Piesek na smyczce , kundelek kochany widać, łypie co chwilę na swoją żywicielkę. Ludzie zaczynają powroty z wieczornej mszy na Niwie. Na skwerku ruch większy. I młodzi i starsi i my z młodym się tu plątamy. Starsza Pani swymi oczami co róż wyłapuje swoich znajomych …widzę jak w niej zaczyna bić serce , zaczyna czuć się w spólnocie tego osiedla. Rzuca co chwilę i spojrzenie i słowo do prawie każdego. A tej prawie każdy też już suszy wiek ma, przyprószony jak Ona. I zawsze na sekundę choć przy niej się zatrzymuje i daje znak swojej z nią solidarności, empatii, przywiązania normalności ….będzie padało ? Krysiu nie wiem, chmury już poszły , zobacz! Eee nie poszły  ! idą na nas Tersko! A jak zdrowie? 

Tu się urywa rozmowa bo jakieś dzieciaki latają jak opętane koło nich. Widać ogień w oczach Pani ,widać, że jest potrzebna , widać że czekała na tą rozmowę.

A ja z młodym obok ,gdzieś przy lawendzie i turzycach. Patrzę ,słucham …dumam… Taka ta nasza samotność dusząca nas tak mocno… Młody leci na mały plac między dwoma dębami okazałymi ja z nim ,zostawiam Panią  z niedokończonym epilogiem. Kurde co za determinacja by tak z pieskiem wyjść do ludzi, na skwerek , co za altruizm i empatia , czy może złapanie oddechu człowieczeństwa ? Bycia częścią tego świata? Tej społeczności ? tej Niwy?  Tego bycia w nim od tylu lat? Zgarbiona postać kątem oka widziałem wstała , prostowała się , bluzkę poprawiła…poszła. My już z Antkiem na placu , po deszczu , ślizgawka mokra  to nic , zjechałem pierwszy zabierając krople deszczu na siebie, niech młody smiga…śmigał i tłumaczył mi co i jak , mówił tyle ..a  ja mam w głowię Panią…. Co ją spotkało w tym życiu, co ją trapi, męczy? Jak jej zdrowie? Jak ona sama? Myślę dużo , mocno ….Czy mnie to czeka ? by wyjść do człowieka? By za nim zatęsknić ? by choć zaczepić słowem? Czy taka trudna jest samotność na wiek już słuszny? Czy tak w tym świecie człowiek od człowieka odszedł ? Czy tylko do kościoła na mszę a w niedzielę kilka razy by pobyć z ludźmi? Czy na skwerku zaczepić? ……………………………………………………..będzie padać ?.....................

31 maja 2021   Komentarze (1)
filozofia   puławy   Życie   życie samotność Puławy  

Kanapka

Kanapka.

Słowo wybitnie oczywiste ,że aż przaśne. No kanapkę każdy zna. Kto jej w ręku nie  miał. Nie pamiętamy nawet jak ta kanapka weszła w nasze życie. Jak stała się naturalnym uzdrawiaczem ciała i duszy. To ona niechciana i nielubiana posmarowana tanim pasztetem z keczupem niskiej wartości . To ta owinięta w papier śniadaniowy puszczająca okręgi i placki tłuszczu choćby. To ta z wąchana i oglądana z każdej strony w szkole. To w końcu ta kanapka zrobiona  z serca przez mamę, tatę dziewczynę czy chłopaka , mimo swego wsadu zawsze smakowała wyśmienicie. 

A były różne. Oj pamiętam …znów drążę swoje wspomnienia z młodości szczypiora. Lata 80 czy początek 90. Rodzice zapewnili na kanapkę wszystko, no…może prócz sera żółtego i masła. Wędlina była swojska ,wędzona ,czy pieczone mięso, swój ogórek czy pomidor spod folii , garść koperku. Do tego dochodził głównie chleb z piekarni w Rymaniu ( lepiej wypieczony, popękany niż z Siemlyśla) kawałek masła czy margaryny ( choć ich było mało) . BA! Petarda to był swój smalec. Nie pytajcie co i jak. Bulgotał na wolnym ogniu długi czas , skwarka się robiła i cyk cebula ,liść bobkowy czy ziele. Pamiętam garczek smalczyku swojskiego. To było coś. To nie była kanapka , to była półkanapka ! Pajda chleba grubo swoim smalczykiem , kiszony i cebula. To było jadło. Cóż było potrzeba? Nic. W łapę i na dwór. Ganiało się za piłką z pajdą chleba ze smalcem. To było genialne w smaku. Pamiętam jak na ryby się szykowałem sam lub z tatą. Czy robić kanapki wieczorem ? czy może na świeżo z rana? To był dylemat! Przeważnie robiło się wieczorem pamiętam. By rano wstać koło 4 , zjeść śniadanie ( głównie jajecznia) herbata i ogień na ryby. W termosie za gówniarza herbata, już później kawa. I ta kanapka przy wschodzie słońca, na jeziorem zaciągniętym mgłą swego ranka. Przy pachnącym lesie jeziora, świergotu ptaków i dręczących zmysły zapachów przyrody. Tak….ta kanapka z niczym, ot zwykły ser  czy pasztet, czy nawet jarsko z pomidorem smakowała w gąszczu pary jeziora i smaku zaranka wspaniale. To były najlepsze dania na świecie. Zrobione własną ręką czy przez rodziców smakowały wybornie. Ta kanapka wciśnięta przez mamę ,gdy spieszyłem się na boisko. Czy ta zrobiona do szkoły. Niby przaśna , taka o…ale z serca i miłości. A taka pamiętam na pole kanapki się robiło. Z rankiem w truskawki się szło zbierać , w koszu te kanapki były pamiętam. No nic tak , ot kanapki ale przecież ileż to trzeba było przy nich porobić. Dziś doceniam. Dziś te matczyne kanapki na drogę, czy do szkoły czy studia ,czy na drogę pociągiem, czy ot tak jak głód ściśnie smakują w duszy najbardziej. To łza i radość rodzicielki w nich jest. Wielka zamknięta miłość w tej prostocie kanapki zamknięta. By głody nie był, by miał co zjeść…

Robię kanapki od dawna swoim dzieciom….od dawna w nich zaszywam jak moi rodzicie miłość , troskę i radość. To w młodym łapiącym kanapkę widzę swoje spełnienie, jak dumnie odjada i zajada  ją. Jak mu smakuje , czy na wierzchowinach parchackich, czy głębocznicach Pożoga. To te jedzone nad Wisłą, czy tych na placu zabaw. Tych spakowanych do szkoły, tych na drogę….

Dziś gdzie tym kanapkom kiedyś. Dziś mamy subway czy inne knajpy kanapkowe. Sam się nam zmienił, dojrzeliśmy do lepszego, z tuńczykiem nie pasztetem. Z rukolą a nie sałatą. Z oliwkami i kaparami a nie z przaśnym ogórkiem kiszonym. Dziś w ciapacie czy picie a nie w pajdzie. Dziś posmarowane jakimś smarowidłem na oliwie a nie smalcem, zapakowane z kunsztowny lakmus niż papier śniadaniowy….

Kanapkę dziś zrobiłem dla siebie …tą nowoczesną …smaczna ,choć czegoś jej brak…nie wiem…

Ja mimo tego zabieram na dwór te staroświeckie kanapki….z miłości…

02 maja 2021   Dodaj komentarz
rodzinne strony   Życie   kanapka życie wspomnienia  

.....miejcie nadzieję....

...Miejcie nadzieję….

 

Gasnący dzień,  gaśnie wie we mnie. Za mną wielki dzień przaśności i codzienności ludzkiej. Zwykłego krzątania się wokół rodzinnych spraw, pracy zawodu danej czy życia. To gdzieś zabrany telefon na wywiadówki brzemię na plac zabaw z młodym moim. I tak te dwa świata pokoleń przepaści wiele się musiały spotkać. Ten czas prawdy, zestawień  świadectwa uczniowskiego, wydanym werdykcie i opinią uczyciela  z światem nieskrępowanego dzieciństwa i szczerego wyrażania siebie. Trzymając przed sobą świat cały  garści ,patrząc jak ten mały skrawek technologii telefonicznej przerzuca mnie w wymiar inny, nowy, choć nie całkiem nieznany. Uśmiechnąłem się i zatopiłem w rozmowę z wychowawczynią córki , jednym sobą zatapiając się do reszty i czekając na wyniki jej obserwacji, gdzieś próbując zawrzeć dobro i miłość do Werki , by ten osąd osądem trudnym nie był. By ta ocena nie była tyradą i nie uwierała zbyt mocno, by mim wszystko można by złapać oddech i uśmiechnąć się w duchu choć raz. Druga strona nie stępiła mi postrzegania świata, bujając się z synem realnie monitorowałem ten świat teraz i tu. Okiem jednym z ekranu telefonu na plac zabaw rzucałem. Co chwilę skacząc jak można najciszej między wirtualnością rzeczywistości a rzeczywistością tworzoną tu i teraz. Z uczucia poddanego i usłuchanego ojca pod pręgierzem wywiadówki, po czułego , kochającego bez granic , dociskającego do serca syna małego 2,5 letniego odpychającego od siebie bujawki świat. Te wymiary się tak związały tego dnia, te dzieci tak były blisko siebie i o tych dzieciach tak wiele, że pojawiła się myśl ulotna o nadzieję na te czasy i na nadzieję na ich dalszy los. Jak pogodzić tak jeszcze nie do pogodzenia. Jak mogą światy sobie sprzeczne być w komitywie, ba! W symbiozie. Wywiadówkę zakończyłem życząc lepszego dnia , spacer i zabawę z synem też zakończyłem wieczornym wożeniem na barana.

Nastał gasnący dzień,  gaśnie on wie we mnie.

Zacząłem zastanawiać się nad nadzieją na te czasy. Czy jest jakaś w ogóle ? Czy My- Pany tych czasów, czasów podboju Marsa, misji na Plutona, mający w ręku smartfon , który złudnie daje nam nadzieję kontrolowania świata wirtualnego ale i namacalnego? Narzędzie dzielenia się i dawania, ale i odbierania. Narzędzia komunikacji werbalnej, wizyjnej, narzędzia wykonujące operacje bankowe, służące do zmasowanego postrzegania i kreowania rzeczywistości? Narzędzia propagandy czy wizerunku. Tworu budującego nasze Ja, tworzące w naszym imieniu ,tam w świecie wirtualnym lepsze Ja? Wyprasowanej koszuli, idealnie poukładanych szklanek na blacie, pasteli w pokojach czy nienaganności słowa? Sprzedaży własnych potrzeb i marketu  naszych doznań i emocji ? Portalu naszych osobowości, fotoszopie naszych codzienności życia? Ileż teraz już możemy, w tych czasach ! Możemy wszystko ! To tylko złudna skórka ,oprószona pozornym naszym panowaniem i zrozumieniem tego co jest. 

Nadzieja?

Jakże dobre pytanie, co to jest nadzieja? To tak trudne do zdefiniowania ,że aż fundamentalne! 

Czy nadzieją nazwać można pragnienie kolejnego dnia bez bólu pacjenta dotkniętego onkologiczną chorobą ? Czy to jest już pragnienie? Czy może już w nim nadzieja gaśnie po kolejnych chemiach?

Czy kłamiący kołem grzesznika w średniowieczu, bądź innymi torturami posłannicy kościoła mieli nadzieję na nawrócenie grzesznika poprzez ból? 

Czy to gospodarz wychodząc na wiosenne pole ma w sobie iskrę nadziei ,że choć w tym roku nie zabraknie zboża na chleb? Że ziemia zroszona płaczem niewiast i potem trudu roli wyda owocne plony?

Czy może ten  żołnierz w błękicie munduru co pod ścianą straceń ma nadzieję, że jego śmierć nie pójdzie na marne? Że Polska będzie niepodległa ? 

Czy może wędkarz zarzucający kolejny raz wędkę w stawie koło domu ma nadzieję , że tym razem los się uśmiechnie do niego ?  Ta jego nadzieja buduje w nim ciągle uczucie podniecenia i rezygnacji.

To może głęboko wierzący chrześcijan siedząc w maseczce w kościele po całym przeżytym Triduum Paschalnym ma nadzieję ,że w końcu śmierć Jego nie poszła na marne?

A zatroskany rodzic o swoje dziatwy co dzień myśli i jest pełen nadziei ,że z niego wyrośnie dobry człowiek, znajdujący się w tych trudnych czasach o dobrej pracy i dobrym statusie społecznym? By był zdrowy i ułożony dla tego świata…Boże co Ci rodzice przeżywają w każdej minucie nawiniętej na tarczę zegara…Tykającego nieprzerwanie i perfidnie skracającego wspólne drogi bycia.

Te nadzieje fundamentalne i dla ogółu i te nadzieje osobowe, emocjonalne , dotykające nas jakie są? Gdzie są one zamocowane? Gdzie bije ich źródło i ich zakotwiczenie? 

W tym świecie , który nas stanowczo przerósł , gdzie wydaje się nam że mamy na niego wpływ. Że to on jest służalczy, że wszystko wymaga naszej akceptacji i zgody, że to my mamy decydujący głos jesteśmy tylko marnymi operatorami tych światów. Dostosowaliśmy się do nich w cale nie znając ich i ich własności. Nie mając nawet podstaw zrozumienia przyjęliśmy to całe dobro z nadzieją .,że będzie nam służyć, że będzie nam potrzebne, że dzięki niemu staniemy się lepsi i bardziej strawni. Dzięki niemu zostaniemy zauważeni w masie anonimowości RODO czy portali społecznościowych, szyldów, moje ja i moich potrzeb. 

 

Żelazna kurtyna upadła. Nadzieja znów wstawała z kolan . Wraz z nią dorastała moja dorosłość. To czas bycia już nabrzmiałym dzieckiem , lub szczupłą młodzieżą. To czas wyzwań nam nie znanych , to czas naszych gównarskich nadziei na lesze jutro. To czas ,gdy już na wsie nie zajeżdżały samochody skupujące butelki i makulaturę, to czas, gdzie pojawiały się zagraniczne samochody ferujące niesamowite nowości z DDR. Każdy miał chęć na soczek w słomce? Na batonik typu Mars? Za każde pieniądze, opici saturatorem i często niedziałającymi nabojami CO2 w wodzie sodowej produkcji. Mającej w nosie ni jakie etykiety, wędlinę swojej roboty i urobienie się po łokcie na polu. Pokazano nam ,że ten świat jest do zmiany. Nie musi taki być. Setki lat tradycji , ojcowizny, pługów tysiące raniących ziemię, Aniele Boże odmawianych po stokroć, bolących kolan pod krzyżem codzienności, dziadów trudu wojen wielu można odłożyć na bok. Można mieć tylko pieniądze a świat zaczynał pozornie klękać do naszych stóp. To już nie na korbę telefon, tylko mieszczący się w garści skumulowana ludzka chęć posiadania wszystkiego w jednym, to już nie przydział co państwo dało, to już wybór jaki my chcemy. To nie kolejki do świata, tylko świat stanął w kolejce do nas. Nie zauważyliśmy jedynie ,że nas pochłonął tym zachodem , konsumpcjonizmu zwyrodnieniem. Nie pytał nas o zdanie wchłonął, ale zachował pozory i ciągle udając poddanego nas pyta? O to i tamto. Głupio odpowiadamy mu sądząc ,że to nasza powinność. Świat bez nas zupełnie sobie poradzi. Nie mamy żadnego wpływu na to ,czy słońce wstanie, czy na pasku telewizji rządowej pojawi się kolejny stek bzdur, czy na to że ziemia się zakręci poraz  kolejny. Nie mamy wpływu na to ,że światła się zapalą o wyznaczonych godzinach , na to czy nasi koledzy czy koleżanki będą w pracy czy nie. Na to czy kawa kupiona w sklepie będzie pyszna czy podła. Na to czy ktoś się urodzi czy ktoś wywiesi pod kościołem nekrolog. 

Tylko możemy mieć nadzieję, że mamy na coś , kogoś wpływ. Te czasy działają coraz bardziej automatycznie wręcz robotycznie. Nas tam jest coraz mniej, już stajemy się mniej potrzebni. Stajemy się binarną kalką potrzeb jego życia. Więzi nas i zacieśnia pętlę coraz mocniej na naszym byciu, życiu, naszych przeżywanych relacjach, wymiarach i emocjach.

Kościół nie jest już podparciem. Gra z rządem. Gra ludzko a nie z Bogiem na ustach. Gaśniemy w tej nadziei wiary. Już nas w kościele 36 % raptem a komunię przyjmuje ledwo ponad 20 procent. Tu nadziei szukać nie możemy. Tej głęboko zakorzenionej , tej co położyła Światowida i Peruna na glebę , na rzecz dalekiej religii w rycie rzymskim od X wieku w Polsce Piastów. Może na wsiach się uchowała ? ta nadzieja? Gaśnie z każdym pedofilskim skandalem Boga wysłannika….

To może fundamentalna wiara w człowieka ? Że rodzi się dobry ! A co to dobroć ? Gdzie tysiące definicji jej próbują tunelować i uderzać w nasze emocje. Nasz krzyż moralny. Coraz mniej człowieka w człowieku…

 

Czytam Karola Tarnowskiego, Richarda Rorty, Józefa Tischnera jestem z nimi. Znam ich podziały tej nadziei. Jestem za. Patrzenie na świat jakim jest. Co nam oferuje. Czy nadzieję ? Czy zniewolenie dalsze?

Nadzieją jak to mawiają wybrukowane jest piekło, nadzieja to matka głupich, ale Asnyk prosił , namawiał ….miejcie nadzieję …nie tę lichą marną…..

 

12 kwietnia 2021   Komentarze (2)
filozofia   Życie  

Wielka NOC

 

 

 

Życzymy sobie zdrowia, choć wielu już odeszło. Życzymy sobie radości choć kierat codzienności jest czasami ponad siłę. Życzymy sobie spokoju choć do granic zszargane nerwy nie dają spokojnie zasnąć. Życzymy sobie rodzinnych choć wielu z nas już dobry rok nie było u rodziny, rodziców. Zyczymy sobie smacznego jajka choć minęły te czasy, gdzie dostanie szynki czy banana było arcy trudne, mamy wszystko pod nosem. Życzymy sobie błogosławionych świat choć nie nie mamy dla innych serca i dobrego słowa często. Życzymy sobie nowego Narodzenia w duchu choć nie jesteśmy gotowi nawet na małe zmiany. W tym geście dobroci dla innych, w tym uśmiechu, w tym małym datku dla potrzebujących znajdujmy naszą wiarę, wiarę niesienia dobra. Nikt nie prosił o zajączki czy króliczki, pisklaczki czy kaczuszki w tandecie marketowych kiczy. Nikt nam nie powiedział, żeby lepiej swięta przeżyć trzeba mieć więcej, zarobić się za wszystkich, umyć te cholerne okna, uginający się stół potraw i tradycji i na kant wyprasowane spodnie do kościoła. Moze tak wypada, może i warto kilka razy do roku się wykazać, podtrzymać tradycje, kultywować rodzinne wspólne działania. Lecz bez wejrzenia w siebie samych i swojej harmonii i rozgrzeszenia się z własnych mar czy trosk się nie da. Pogodzenia się z porażkami i zrozumienia przewrotności losu naszego te święta tylko będą pudrem na pustym, miałkim blacie rodzinnych świąt. Mamy jeszcze odwagę w siebie spojrzeć? Mamy jeszcze odwagę sobie wybaczyć? Mamy jeszcze odwagę wybaczyć innym? Spójrz ON dalej wisi na krzyżu, dalej kolejne zaczęte tysiąclecie... Dalej stara się pomóc..... Zrozumieć.... Wybaczyć... przebaczyć... Usiąć choć na chwilę i wsłuchaj się duszą w głębie Jego ukrzyżowania...moze choć sobie wybaczysz coś...

Byśmy te święta tak trudnych czasów jak teraz przeżyli jak najlepiej umiemy i możemy...

03 kwietnia 2021   Dodaj komentarz
Życie   wyznania religijne   wielkanoc  

Pierogów wspomnień gar

 

 

Z wysiłkiem naciskam nóż w dół, walczy swoją ostrością ze zmarzniętą słoniną. Napieram mocniej, nawet nadstawiam się na nim. Wolno odżyna małe plastry dawno zapomnianej w zamrażarce słoniny.  Deska lekko się poddaje tym swoistym torturom, bliskości już główka nabrzmiałej październikowej cebuli czeka w kolejce. Danie dziś złożone, wymagające trudu i siły niemałej. Prowadzi nas przez wszystkie zakątki słowiańskiego rodowodu, etymologii naszych dziadów i pra ojców. Tradycji usianych stuleci zim, wiosen czy jesieni bardziej. Stołów tych dębowych czy jesionem zaciągniętych całunek w izbie stojącym. Krzeseł od dziada wytrwałych , samorobnych , taborków do zasiadania przy garczku kaszy płukaniem. Pszenicznego kłosu, rogu obfitości jak Bóg dał jak Nepomucen dopomógł zagon całen. Pyszniejącej się na dorodnym sierpniowym wysokim lubelskim słońcu, dającej kasze , dającej w końcu mąkę co żarna czy walce gniotły na naszą przaśną chlebu codzienność. A pytel ? Mercedes wśród żytniaków?  Jego kłosy ,wąsate niczym anteny sterczały i powiewom wiatru się poddawały. Gdzieś tam żyta niemało ,choćby pod Gołębiem z prosem się zaprzyjaźniło. Ziemniaków kosze pamiętam za PRL i PGR się zbierało ku chwale partii i na sukurs miastom w ziemniaki niedostatku spowiłe. Chodziło się w szkole ..pamiętam ..niczym swoisty szarwark na rzecz Pana te ziemniaki, te buraki cukrowe z łęcin pozbywane , te kamienie z pól dobrych klasy ziem zagęszczone. Pamiętam. 

Dziś po donacji kwi już nastej ,widmo przednówka mnie chwyciło. Córka się oddaliła z domu a syn patrząc na mnie oczekiwał i smakowitego 1 obiadu. Rzuciłem się zatem w naszej tradycji murem, naszym dniem powszednim, naszą wspólnie przy stole jedzoną kolacją.... Pierogi.....Garść wczorajszych ziemniaków jeszcze okraszone schabowym w lodówce, w garnku na noc nastawiałem okopowe jarzyny na sałatkę włoską,garść twarogu garwolińskiego. Mąka mi w Kępy naszej wyszła, miałem jakąś,sól kamienną, jajka od wiejskiej kury i pieprz czarny tłuczony ponad miarę w moździerzu. To wystarczy...Będzie coś genialnego, ze obiadów dawnych,twarogów swoich niegdyś nastawianych ,mąki ,gdzie wiatraczne młyny czy wodne mełły z niesposobną gracją na kaszki, i mąkę tą cudowną. Z duszą ,z sercem, obrót za obrotem, dociskając żaren trud, pyłu w worków jutowych mrowie, białej twarzy spracowanego młynarza, prychającego konia przez wiatrakiem w zaprzęgu co pszeniczny znój dostarczył do młenia... Widzę te obrazy , widzę te niegdysiejsze ale tak niedawne światy... Widzę i mamę i tatę i rodzeństwo jak lepimy te pierogi. Ja niezdarnie , byle skleić , jakiś fresk zrobić, mama idealne ,cudne, przez jej spracowane dłonie tysiące tych pierogów przeszło. Swoje ziemniaki , swój twaróg mąka w worku pamiętam była, worek cały,pachniało ją w domu rodzinnym. Czerpało się z tego worka jak z bezkresnej studni, na cista, na naleśniki,na rogaliki, gdzie siostra była mistrzem w końcu na pierogi. Dziś stoję ,miseczki mam koło się, prasa stara już , lekko pordzewiała i te niedzisiejsze ziemniaki i tej twaróg przeciskam. Obok na patelce już cebula doszła na tej słoninie. Gar bulgoce wodą ze szczyptą soli i oleju. Wałek ,placek się tworzy ,farsz z tych prostych tak ludzkich płodów jest. Robię niedbale o kształt, niezgrabnie w palcach uciskam mając tej mamy ideal w głowie. Nie idzie , mam swoje pokrzywione i pokraczne , nabrzmiałe i wychodzone pierogi. Wrzątek robi z nich pełną tradycji i mistycyzmu potrawę.Że w XXI wieku nie dałem się modzie jakimś rawiolii czy innym tam joli to jest zasługa głębokiego poszanowania ciężkiej pracy roli, pracy ludzkich rąk. Widzę ten znój przy tym zwyczajnym ziemniaku, widzę redły, widzę strach czy wzejdzie, czy nie zczarni wychodzących łęcin, widzę i te piękne białe kwiecia ziemniaka, są cudowne jak te pszeniczne falujące na lipcowym zefirze kłosy. I ta sól tej polskiej ziemi...i z mleka tak naszego białe twarogi wszelakie....razem … wielką pokorę i szacunek mam ….do tych pierogów ruskich...ziemniaczanych z twarogiem....

01 marca 2021   Komentarze (1)
Życie   rodzinne strony   pierogi wspomnienia  
< 1 2 3 4 5 6 >
Blogi