Najnowsze wpisy, strona 14


paź 26 2018 1/2 - Delegacja - nieoceniony czas poznania...
Komentarze (0)

Na delegacjach czas płynie inaczej i to nie w tym sensie, że jak na wakacjach, ale wręcz przeciwnie. Jeżdżę w delację i bardzo często robi się do czasu by zrobić- niekiedy do hotelu się wraca o 23… Uroki takie nic nie poradzisz. Jeszcze dobrych kilka lat temu sama droga do miejsca delegacji mnie nie interesowała, od pola, łąki, lasy, wsie, miasta….. a to przecież nasze dziedzictwo … cała nasza historia, tradycja, polskość. Nie można przejeżdżać obok i nie zainteresować się, nie przystanąć, nie poczytać, nie obejrzeć by w końcu o tym opowiedzieć bądź napisać. Tylko wtedy historia żyje jak się o niej mówi i pisze.

Puławy - Stalowa Wola (Lubelskie – Podkarpackie). Częsty kierunek moich delegacji. Dziś w kilku zdaniach o niektórych ciekawych miejscach, przez które przejeżdżałem i przystanąłem na chwilę. To, że Lubelskie – kolebka polskości- jest oazą naturalnego piękna przyrody, kwintesencją symbiozy człowieka z naturą, gdzie króluje jeszcze częste zabudowa zdrewniania z tymi cudownymi okiennicami, gdzie starsi ludzie siadają przez chałupą i rozmawiają z sobą z przechodzącymi sąsiadami, ludźmi. Trasa cudowna, przez Bochotnicę, Karczmiska, Opole Lubelskie, Rybitwy, Józefów nad Wisłą, Annopol, Gościeradów, Zaklików, Lipa, Stalowa. Dziś tylko nieliczne perełki z tej listy (oczywiście zgrubnej i nie pełnej). Sama Stalowa wymaga pełnego i pełnoprawnego wpisu, bo jest to miasto, które powstało 80 lat temu (równo 80 lat temu) decyzją ministra o powołaniu COP (Centralny Okręg Przemysłowy). Między historyczną miejscowością Nisko i znanym, i odwiedzanym przez rzeszę pielgrzymów Rozwadowem a wsią Pławno. O historii, choć krótkiej warto poczytać na stornie www.stalowawola.pl.

Mnie urzekł „Bohater – Patriota”, który dumnie w centrum stoi na rondzie przy hotelu STAL (a jakże!) – jest to figura według projektu Andrzeja Bityńskiego. "Bohater Patriota" to poraniony husarz z jednym skrzydłem, gotowy do walki z szablą w dłoni. To dar dla miasta od mieszkającego w Nowym Jorku polskiego rzeźbiarza. Rzeźba powstała na zamówienie Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce, którego Pityński jest członkiem. Ta organizacja uskładała na ten cel 200 tys. dolarów. A z racji tego, że nocuję w STALI to Bohatera mam na oku. Robi wrażenie!

 A poranek nad Stalową jest także piękny jak zachód słońca nad Bohaterem 

 

 

Uciekamy z Stalowej w stronę Puław i pierwszy przystanek za Sanem miejscowość LIPA. Zrobiona dość chaotycznie, choć czuję intencję twórców – rekonstrukcja przejścia granicznego z okresu zaborów Austro-Węgier i Carskiej Rosji. Jak sama nazwa mówi to właśnie tu była linia graniczna i pas demarkacyjny między tymi dwoma zaborcami. By nie pisać tego co jest napisane o tym miejscu wklejam zdjęcie z tablicą informacyjną.

Pomysł uważam za bardzo trafiony. Wiele miejscowości granicznych ma taką często smutną historię, która gdzieś ginie w czeluści czasu i zapomnienia. 

Mamy postawioną 4 kolumnową altanę murowaną upamiętniającą dwóch wielkich wodzów – T. Kościuszkę i J. Piłsudskiego. Na uwagę zasługuje także bardzo dobre odwzorowanie punktów granicznych Austrio-Węgier i Rosji.

 

 

Ciekawostką jest to, że szlaban i maszt z tzw. bombą był i znów jest (od października 2017r) drogą wjazdową do jednego z największych poligonów wojskowych.

Ruszamy dalej i trafiamy na historyczne miasto stawiane na tzw. „surowym korzeniu” (jak np. Zamość) – Zaklików.

Jan Zaklika herbu Topór był wojewodą sandomierskim, a miejscowość powstała z gruntów miejscowości - Zdziechowice. W czerwcu 1565 roku Stanisław Zaklika - kasztelan połaniecki uzyskał od króla Zygmunta Augusta przywilej lokacji miasta. Otrzymało ono nazwę od rodowego nazwiska założyciela a także herb Zaklików - Topór. Osadnicy otrzymali szesnastoletni okres „wolnizny" co łączyło się z nieponoszeniem podatków ani żadnych innych ciężarów na rzecz króla. Przywilej lokacyjny ustanowił trzy jarmarki: na św. Krzyża, św. Katarzyny i św. Bartłomieja. W 1590 roku król Zygmunt III Waza zezwolił na organizowanie czwartego jarmarku na św. Piotra i Pawła.

W XVI wieku w Zaklikowie został zbudowany kamienno - drewniany zamek. Niestety nie doczekał się czasów współczesnych, bowiem zniszczony został podczas wojny północnej toczącej się w latach 1700 – 1721 r. Ruina została rozebrana przez miejscową ludność i posłużyła jako budulec do nowych budynków. Pozostałości zostały rozebrane na budulec a fundamenty z biegiem czasu zapadły się w ziemię. Zaklików dość często zmieniał swoich właścicieli. Byli nimi m.in. Załuscy, Małachowscy, Puchałowie i Szlubowscy. Po zbudowaniu przez hr. Tarnowskiego elektrowni wodnej do części domów doprowadzono prąd. W samej miejscowości mieszczą się dwa kościoły - W latach 1580 – 1583 r staraniem mieszczan wybudowano drewniany kościół św. Anny, który stoi do dziś jako kościół cmentarny oraz wybudowany w 1608 roku pw. Trójcy Przenajświętszej. 

„Parafię w Zaklikowie erygował bp krakowski Piotr Tylicki 5 września 1608 r., na prośbę Anny z Leszczów Gniewoszowej, wdowy po Marcinie Gniewoszu, której staraniem wybudowano murowany kościół w stylu barokowym pw. Trójcy Przenajświętszej w Zaklikowie, jako wyraz ekspiacji za grzech odstępstwa męża. Kościół istnieje do dziś, przebudowany w XVIII w. i pod koniec XIX wieku. Budynek murowany z cegły, otynkowany, jednonawowy, przy prezbiterium zakrystia z dwuizbowym pomieszczeniem na piętrze. Przy nawie dwie kaplice dobudowane podczas przebudowy w XVIII i XIX w. Nad nawą wieżyczka z sygnaturką. Oprócz ołtarza głównego z zasuwanymi obrazami Trójcy Przenajświętszej, Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Boskiej Częstochowskiej jest 5 ołtarzy bocznych z obrazami: św. Anny Samotrzeć, św. Bartłomieja, Serca Jezusa, Matki Bożej Niepokalanie Poczętej i św. Józefa. Obok kościoła stoi murowana dzwonnica z 1786 r. z trzema dzwonami.”

Największym skarbem tegoż kościoła jest wykonana w drewnie lipowym XV-wieczna płaskorzeźba ze szkoły Wita Stwosza. Na miejscu nieistniejącego zamku wybudowano w latach 60 ubiegłego wieku pałac z wierzą na modłę tych średniowiecznych.

 

paź 23 2018 Historia Lokalna -Nieistniejący pałac w...
Komentarze (0)

Pałacyk w Górze Puławskiej.

Mało kto o nim słyszał a znalezienie danych na jego istnienie jest trudne. Udało mi się pozyskać troszkę informacji i zdjęcie z Kuriera Gminy Puławy nr 12 z grudnia 2012r. Autorem obszerniejszego artykułu nie tylko o wzmiankowanym pałacyku jest pani dr Grażyna Hołubowicz-Kliza. Aktualnie w miejscu byłej rezydencji jest szkoła w Górze Puławskiej. Jeszcze przed II wojną światową głosił dobre imię swojej fundatorki ks.Izabeli.Był on niejako przedłużeniem kompleksu pałacowo - parkowego siedziby Czartoryskich. Legenda głosi, że z okien pałacyku było widać okna komnat księżnej Izabeli w linii prostej.  

"....Na początku XIX w. dziedzicem tych dóbr [m.in. Góry Puławskiej przyp. mój] został Adam Czartoryski, który wskutek uczestnictwa w powstaniu listopadowym musiał uciekać za granicę. W 1811 r. dzierżawca Sebastian Orłowski (major artylerii absolwent Szkoły Korpusu Kadetów) na życzenie księżnej Izabeli Czartoryskiej wybudował w Górze Puławskiej piękny pałac zaprojektowany przez P.Ch. Aignera. Wokół niego został założony park widokowy będący przedłużeniem parku puławskiego. Pałacyk został zbudowany na planie wydłużonego prostokąta. W narożu południowo-wschodnim miał wysoką rotundę z kolumnami korynckimi, która nawiązywała do rzymskiej świątyni Westy. Pałacyk stanowił piękny element krajobrazu. Orłowski mieszkał tam do upadku powstania listopadowego. Pałac ten przetrwał do 1939 r. Został on zniszczony podczas działań wojennych, a Niemcy ostatecznie rozebrali go w 1940 r. ...."

Zdjęcie i tekst z Kuriera Gminy Puławy nr 12 z grudnia 2012.

paź 22 2018 Moja ścieżka biegowa i nie tylko ....
Komentarze (1)

Nic mnie tak nie cieszy jak wygospodarowanie chwili czasu i wyskoczenie na bieg. Też do lasu bieg ma się rozumieć. Nie mogłem sobie odmówić tej chwili dla siebie i w sobotę szurnąłem do lasu – mojego lasu. Wybiegając z domu mam około 300 metrów by zatopić się w jego błogość, jego matczyną czułość, jego szum już opadających liści, jego zapach i smak złotej jesieni. Dawno nie miałem takiej frajdy a zarazem i zadumy jesiennej jak na tym treningu. Trasa dobrze mi znana tym razem podpatrzyć chciałem tę szykującą się zimy przyrodę. Na Ceglanej, gdzie występuje krajobraz piaszczysty z drzewostanem głownie sosnowym, tylko gdzie nie gdzie jeszcze ponownie kwietnie bniec i chaber. Czarne – przekwitłe kwiaty wrotyczu dalej mają intensywny zapach, puch na nawłoci kanadyjskiej się stroszy – w takim stanie przeżyje zimę. Łany traw – szczotlich siwych (Corynephorus canescens), które upodobały sobie ten teren. Dalej pod górkę i w las. Na drzewie jeszcze stare oznaczenia szlaku czarnego – niedługo będzie żółty. Czarny szlak – to szlak, którym opiekował się zmarły w czerwcu br.  Świetny przewodnik Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, Ryszard Bałabuch. I w lewo na szlak Greenaway (Bursztynowy Szlak Greenaway cięgnie się od Budapesztu do Helu). Odcinek Puławy – Skowieszyn jest otoczeniu lasu puławskiego. Tam właśnie biegnie moja trasa biegowa, choć nie za długo. Pierwsze spotkanie z grzybiarzami (mają podgrzybki) i odbitka na Czarny szlak do Parchatki (a dokładnie do Góry Trzech Krzyży w Zbędowicach). W samym lesie pojawiły się opieńki i „czarne” podgrzybki i dalej czarnym szlakiem przez przekos i linię średniego napięcia. Tu już ścieżka szeroka i las sosnowy, wysoki, mchu kożuch oko miło cieszy, bez koralowy już ostatnie owoce zrzuca, orlica (paproć) już gotowa do zimowania. Można głęboko oddychać i czuć tak mocno leśny aromat, aromat jesienny tych liści i wilgoci – nic tego nie zastąpi. Mija 3 kilometr i zbiegam w dół wąwozem – zwanym tez małym wąwozem. To istny raj dla botaników i tych kochających przyrodę. Występuje już tu roślinność typowa dla tych miejsc – długo utrzymująca wilgoć. Kopytnik, lilie złotogłów (sic!), kokorycz, kokoryczki, groszki wiosenne, fiołki, miodunki, dąbrówki, jaskry, szczawiki …oj by wymieniać długo. Ścieżka w wąwozie obsypana niczym na Boże Ciało ulice podczas procesji. Zwalone drzewa, opadające gałęzie czy pochylające się nad wąwozem dają niesamowity klimat wręcz magiczny. To najmniejszy znany wąwóz, jego starsi bracia zaczynają się od „linii demarkacyjnej” jaką jest ulica Piasecznica – łącząco bezpośrednio Włostowice i Skowieszyn. Po jej drugiej stronie zaczyna się Kazimierski Park Krajobrazowy. To miejsce, gdzie każdy ceniący uroki przyrody, natury, flory i fauny lub choćby odpoczynek musi odwiedzić. Takiej kumulacji wąwozów lessowych nie uświadczysz nigdzie w Europie, mało tego i najdłuższym wąwozem lessowym to te w Parchatce – właśnie w Kazimierskim Parku Krajobrazowym. O tych terenach będę szerzej pisał, jak zapadną długie wieczory a krótkie dni….

Wracam do biegu – kieruje się w stronę Skowieszyna, podbieg pod górkę, mijam jedną z trzech kapliczek na trasie Piasecznicy i w oddali majaczy już sama miejscowość. Bieganie w takich okolicznościach daje wielkie doznania estetyczne. Ciągnące się małe zagony, już zaorane, gdzieś rzepak, gdzieś kwietnie gryka żółta i wszystko schodzi się w najwyższym szczycie ze ścianą tęczowego lasu. Sarny na polach pasące się i spokojnie obserwujące okolicę. Z tego co słyszałem od znajomych ze Skowieszyna to pojawiają się wilki w tych okolicach i już dość wszędobylskie łosie. Podbieg i jestem na samym początku przy przepompowni Skowieszyna. Bardzo starej miejscowości, gdzie kiedyś miała nawet swoją stację PKP – aktualnie nazwaną Pożóg. Kolejna kapliczka a przy niej na jej zboczu wiosną zaczyna się plejada kwitnienia jasnoty białej (zwaną „białą pokrzywą”) i fiołków. Chwila na oddech – 5 km. Nad wsią snuje się dym z kominów, dym z palących się na polach łęcin tworząc swoistą tajemniczą mgłę. By dopełnił tego obrazka dodajmy do tego cieniutki jazgot psów i warczące traktory. Zamykam oczy i czuję się podobnie jak w mej wsi rodzinnej 30 lat temu…. Czas dalej biec, choć przemożna chęć napawania się widokiem i naturą zaczyna brać górę nad aktywnością. Obsztorcowałem się. I dalej przed siebie do „krzyża” leżącego na rozdrożu dróg polnych między Skowieszynem a Puławami „drewnianymi”. Plantacje malin, truskawek i aronii po prawej stronie po lewej lassssss. Zostawiam go na 3 km by móc pobiec polami i ciut miastem. Dobiegam do krzyża. Ot zwykły z rury grubościennej wspawany krzyż przydrożny, ale jego lokalizacja jest genialna. Zawsze przy nim się zatrzymuje by podziwiać bezkres pół i ścianę lasu patrząc na Puławy (w oddali kominy „Azotów”) z drugiej strony rozrastającą się wieś Skowieszyn w stronę Puław. Co chwilę przybywa domek za domkiem – przez co zmienia się krajobraz. Wybieram drogę na Starą Wieś przy torach. Ciekawość mnie zjadała jak tam „postęp” prac na trasie Dęblin – Lublin. Miało torowisko być gotowe w 2019 roku, ale włoska firma „straciła płynność finansową” i klops. Cisza. Dobiegam do „bezprzewodowego” torowiska, gdzie w miejsce starego murowanego żelbetonowego mostu-przepustu leży rurowy przepust i nasypy kończą się kilka metrów przez i za nim. Czyli „bezprzewodowe połączenie”. Wstyd i bezsilność, że Lublin już bez mała 400 tys. miasto (9 w Polsce) wraz z Puławami, Nałęczowem i innymi miejscowościami nie mają połączenia kolejowego. A sama stolica województwa ma połączenie choćby z Warszawą tylko przez jednotorową niezelektryfikowaną linię kolejową przez Parczew. Tyle wywodu o kolei, pod starym mostem kolejowym jak był zawsze się zatrzymywałem, bo kwitł tam serdecznik, pierwiosnek, jaskry i piołun a dokładnie jego łany. To jedyne miejsce w okolicy Puław mi znane na piołun. Ostatnio zbierałem w Wólce Gołębskiej. Biegnę dalej widząc spaloną wieże ciśnień w Puławach Drewnianych. Droga biegnie wzdłuż „torów” aktualnie jedynie nasypów i zaczynają się pojawiać pierwsze domostwa. Odbijam w lewo w stronę Kolejowej. Tu pamiętam jest hodowana trojeść amerykańska, głównie jako roślina miododajna (choć sama roślina wykazuje własności trujące), tytoń, przegorzan (piękne kuliste kwiaty i „kolcami”) i słonecznik bulwiasty. A w przychacie są teraz pięknie kwitnące Marcinki – ich fiolety i błękity ubarwiają już coraz szarą miejską rzeczywistość. Około 8 km, biegnę dalej nowo wylanym asfaltem i dobiegam do ulicy Górnej. Tu znów w lewo i do lasu. Niespodzianka miła, bo na sosence dwie budki i jeden karmik dla ptaków. W las, szybko w las. Znów mogę głębiej odetchnąć. Choć to już las miejski i burczenie, syczenie, sapanie i wrzaski miasta dochodzą do mnie. Ostatnie 2 km w cudowności leśnej by wypaść na kostkę brukową przy rondzie Żołnierzy Wyklętych na Sosnowej. Zanim wypadłem z lasu podziwiam jeszcze miotły żarnowca, chabry i lepnicy co się zapomniała i zakwitła jeszcze raz. Zostawiam za sobą las, mój las, moje pola. Przygoda dobiegła końca – ale to tylko na teraz. Ta trasa jest tak urokliwa, że każdą porą roku nią biegam. 

Popatrzcie w wokół, nie tylko przed siebie. Pewnie Matuszka Natura czeka na was, pokazując wam swoją piękną suknię ….

 

Autor w "małym" wąwozie.

 

"Mały" wąwóz

Okolice Skowieszyna - droga do Puław

 

Droga do krzyża....

Puławy ulica Górna - sosna "ptasia"

"Zadymiony" Skowieszyn.....

 

Bezprzewodowa kolej ...

paź 18 2018 Jak to z tym śpiewaniem jest....
Komentarze (4)

 

Jak z tym śpiewaniem - przecież blog basowypan... No to fakt - śpiewam jak AMATOR co nieco. A zaczęło się przez sąsiadkę i cudowną soprankę, matkę dwójki dzieci Asię, która podpuściła mnie. Przyjdź mówi na próbę - jest super - ksiądz prowadzi - zaśpiewasz coś może będzie dobrze…. No a że Asi się nie odmawia to poszedłem pełen niewiary w siebie i w swoje możliwości.... Ksiądz popatrzył (Chór Brata Alberta w Puławach - aktualnie już nie prowadzi chóru - prowadzi Pani Renata) zrobił wywiad co nieco i śpiewano Agnus Dei i bez basa to nie można śpiewać. Byłem sam, basów żadnego odeszli…. coś wyrzuciłem z siebie...chyba się spodobało... Ksiądz prosił i członkowie chóru bym przyszedł na następną próbę...Tak się zaczęło moje śpiewanie z Chórem Brata Alberta w Puławach w 2015r, gdzie do tej pory jako bas (dość niski nawet zahaczam pro fundo) śpiewam i spełniam się w pieśniach liturgicznych. Niebywała okazja się nadarzyła w 2017 roku, bym mógł zaśpiewać w CHÓRZE CANTATA Z Grodziska Mazowieckiego pod dyrygenturą Basi…Był to szok, pozytywny, szybko obnażyłem się z swoich słabości ...była Ania od emisji głosu...cudowny sopran - ciepła kobieta o anielskim usposobieniu. A wszytko dzięki Marcie, która śpiewała w Albercie w Puławach jeden sezon i zaprosiła mnie do Cantaty....nigdy tego nie zapomnę. Byłem amatorem i słabo szło mi czytanie z nut a chór pełen profesjonalizmu, duży skład, wszystkie glosy cudowne, anielskie, sopranki, alty, tenory i basyyy moje kochane basy... Jarek wykładnia, autorytet do tej pory, sympatyczny, przyjazny, człek o wielkiej empatii do ludzi i wielkim dystansie do siebie, Michał LOT-ny niski bas jak ja. Świetna komitywa, świetne glosy, gdzie ja do nich? Basia dyrygent - tak cudowna i charyzmatyczna osoba też miała wątpliwości czy dam radę podźwignąć repertuar, który śpiewaliśmy na Litwie w 2017 r. Zaufała, wyszkoliła, dała mandat zaufania i udało się - zaśpiewałem jak mogłem najlepiej wśród tych genialnych głosów!! Czułem się będąc z nimi doceniony i ważny, czułem, że jestem z nimi jednością…Pomogła mi w tym kochana Madzia z Alberta, która nocami między swoim doktoratem nagrywała mi midi sekcję basów i chóru bym mógł się uczyć w domu. Litwa, Wilno, Troki i śpiew kolęd - finał dla mnie 7.1.2018 roku - dwie kolędy w VIII Grodziskim Kolędowaniu....Basiu. Chórze. Dziękuję!!!

Cały czas spełniam się w Chórze Brata Alberta w Puławach szukając dalej swojego rozwoju- cały czas czerpię chęć śpiewania!! Teraz ćwiczymy Handla - Alleluja!! 

W 2017 roku zacząłem współpracę z nowotworzonym zespołem wokalnym PROWOKALNI, prowadzonego przez znanego instrumentaliste i nauczyciela - Michał Matras. Jestem rodzynkiem wśród cudownych Pań od sopranów do altów. Ja jako bas często robię za tło, choć podobno mam w wyższych partiach ładny głos. Daliśmy kilka mini koncernów, nawet dla księżniczki Czartoryskiej!! Teraz szykujemy się 21.10 na nasz "pełnometrażowy" koncert. Muzyka inna, ciekawa, warta nastawienia uszu i oczu. Panie są przecudownej urody a głosy ...ech ja to amator...

 

Tak w skrócie co i jak ….

 

 

 

ja ...

Chór Brata Alberta  w Puławach za czasów prowadzenia chóru przez księdza muzykologa

Brat Albert

 

Chór kameralny Cantata z Grodziska Mazowieckiego

 

 

Zespół PROWOKALNI - Puławy

paź 18 2018 Jesienne świty i zaduma nad żywotem
Komentarze (2)

Różnobarwny liść na drzewie, opadający.... lub tych liści całe sterty. Ach jak to cudownie wygląda- taka plejada barw- tak świetnie i wręcz już popadająca w egzaltację i ogromne podniecenie zachwyt - nad czym? trudno to ludziom zrozumieć - nad śmiercią tego liścia, małym samobójstwem drzewa, który szykując się do zimy odrzuca liście, które go żywiły a teraz od niego zabierają bezcenne życie. To jest prawdziwa jesień, czas wielkiego umierania choć ma mikroskalę. Za miesiąc nie będzie śladu po tej plejadzie barw…przestaniemy się podniecać, hmm wróć zachwycać i zaczniemy narzekać na tą szarość, burość, zimno, deszcze i śniegi.... We wtorek przeczytałem na FB (choć już tam rzadko bywam) o gasnącym światełku Kasi, światełku życia i wielkiej rozpaczy jej męża Marcina. Do tej pory nie potrafię uporać się z emocjami, przecież już do śmierci innych, bliskich jestem "przyzwyczajony" i nie raz podczas pogrzebu dawałem się ponieść słusznym i właściwym emocjom. Mało tego, zdarza się, że pomnę kogoś i zrobi się mi smutno i sentymentalnie. Tu jest inaczej - w ogóle ich nie znam, widziałem może na zdjęciu z raz, ale tak cholernie czuje się z nimi związany (platonicznie). Ten czas jest najgorszy, gdzie zapada wyrok i gdzie prócz wiary, nadziei nie zostaje nic. Przecież rodzina tej dziewczyny, młodej, mającej wszystko przez sobą już nie ma łez, mąż jej wypłakał cały świat, świat i boga, który dał mu tak po mordzie i pokazał palcem kto tu rządzi...I ta jesień !! teraz nie ułatwia, dobija, choć na pozór kolorowa i wybucha plejadą barw to w gruncie rzeczy po cichu zabiera resztki życia…Ja cały czas wierzę, że Kasia jednak będzie zdrowa, przecież ma jeszcze tyle spraw do załatwienia, przecież to nie jej czas do **olery. Bić się o każdą sekundę a my napełniajmy tą sekundą naszą nadzieją, naszą wiarą, naszym byciem.

  

 

By nie uciec w utopię bezsilności i żalu, jesień z jej świtami jest unikalna i nie do podrobienia. Nie ma takiej pory roku, która dawała by o 6:20 z rana takich doznań, takich widoków, takiego chłodu mgły.......

 

 

Autor o świcie wał na Wieprzu - Borowa

 

poranek jesienny....