Mroźny świt nad młyńskim znojem.
31 stycznia 2026, 19:47
W nosie nieprzyjemne uczucie zimna. Mróz nie byle jaki zaczyna przenikać pod kurtkę. Przecie gruba,zimowa,wypchana jakąś watą czy czymś. Nos nie znosi zimna,obkurczone naczynka dają znać ,że tęgie zimno na dworze. Tak ,to prawda. Buchające kłęby pary wydychane w mroźny ranek najpierw niczym pocisk suną z ust ku przodowi, by za chwilę zakręcać i robić fikołki,bałwany przede mną. Tak za każdym wydechem ,niby lżejszym niż wdech, lecz pozbywający się ciepła z ciała,płuc . Z takim mroźnym wydechem to i może jakieś strapionej duszy naszej skrawek uchodzi? Kto wie. Zaciągam dla odmiany pełną piersią styczniowy jeszcze ranek, ranek zakuty w -12 stopniach, cicho ciągnącym się jazgotem psów z oddali. Gruchaniem i werblami gęsi i łabędzi na polach ozimego rzepaku przykrytego skromną warstewką puchu , rankiem żurawich zgrzytów sejmikowych na niwach przytulonych do wcale nie skutej lodem rzeczki Głównej. Niczym w opisach Orzeszkowej i opowiadań Masłowskiego stoję przed celem i początkiem drogi sobotniego ranka. Ranka przejrzałego stycznia roku Pańskiego 2026. Droga piaszczysta kręci przy skutych lodem zalewach żwirowni, przy nich sterczące trzciny , sitowia zamkłe z zimna z białą posypką zimy,pałki w brązach zamknięte.Soroki i olszyny skrzące się w świcie ranka. Ranka zatopionego w burgundach jutrzenki, bursztynach wstającego dnia. To wszystko na błękicie się krystalizującym nieboskłonu. W tym świcie zatopione z okowach mrozu i szronu młodniki sośnin ,ot góra 40 letnich. Nasadzonych ręką człowieka ,równiutko, rzędowo, schludnie. Obok Matuszka natura pisze swoje. Samosiejki niczym sędziwe dęby w parku rozproszone stanowią swoje ja . Kłócą się z tymi sadzeniami leśników, niczym rebelia , zaznaczają inność. A do nich drżące młode osiki też samosiejki, brzezinki niewielkie. Takie naturalne i bliższe sercu dzikusy. Każde dziś oprószone pięknem zimy, ja w tym pięknie stawiający krok za krokiem na tej drodze, piaszczystej ,ale starej, Młyńskiej. Dotykam zmarzliny ręką ,zamykam oczy…czuję znój tego miejsca. Ciągnące w setkach wozy ze zbożem ,kopyt końskich mrowie,miarowe uderzenia lejcami po ich grzbietach. Tysięcy kroków ludzkich i w tą i tamtą stronę. Z młyna i do młyna. W deszczach,palących słońcem zenitach, czy jesiennych słotach. Wozach,ciągnikach ciągnących urobek pól żyznych ,mąki z worków jutowych kurzu , pozdrowień ludzkich i Szczęść Boże , czy z Bogiem rzucane przez zabieganych włościan. Tak , czuć tu ten młyński znój. Młyna wodnego, na kole najpierw obsiadłym nadsiębiernym, później wydajnej turbiny Francisa. Majaczy w tym ranku przede mną rzeka Główna i jej murowany młyn. Cegłówki pięknie wypalone,równe,porządne. Widać ,że strycharze się starali,widać,że i glina porządna i wypał dobry. Kanał młyński odbija lekko od głównego nurtu ,zasila staw a ze stawu już do turbinowni w latach jego świetności woda opadała. Dając napęd turbiny a ta siłowała się z mieleniem. O pewnie i kaszę grubszą robił młyn i mąkę żytnią mełł. Może i pszenicę brał na walce. Kto to wie. Stoję przy młynie, byłym młynie w ciszy. Pali mnie chęć znajomości jego historii, upadku. Człowieczego znoju. Obok były dom młynarza i czeladzi. Dziś w piękne nowe samochody uraczony. Lecz klimat jest niesamowity. 8 rano. Żurawie,mróz,gęsi ,szmer wody i głowa parująca od piękna młyńskiej utopii….nad rzeką Główną.
